6 listopada 2018
- Zbigniew
- 26 lis 2025
- 4 minut(y) czytania
Ojciec Horacy wyruszył z klasztoru wcześnie rano, jeszcze
przed nieszporami. Raz w roku oficjalnie pozwalał sobie na
luksus opuszczenia murów zakonnych, za którymi reguła
milczenia nie obowiązywała. Nie robił tego po to, żeby sobie
pogadać, opuszczał zakon tego listopadowego dnia każdego
roku dla pozałatwiania własnych spraw, które pozostały po
tej stronie. Jego celem był cmentarz, na którym pochowano
jego rodziców. Co roku w rocznicę ich ślubu przyjeżdżał
tu i długo modlił się nad ich grobem, rozmyślając nad
swoim życiem i prosząc Pana o siłę na dalszą pokutę jaką
sobie wyznaczył. Dopóki rodzice żyli, nie chciał wychodzić
poza mury opactwa. Ślubował ubóstwo i wieczną modlitwę.
Pozostawił ich samych 54 lata temu, porzucając nagle studia
i informując, że znika na zawsze. Na stoliku nocnym przy
łóżku zostawił list z informacją, że nie może tak dłużej żyć,
że nie chce im wyrządzać krzywdy, ale najlepiej by było
jakby odszedł z tego świata. Nie mogąc jednak popełnić
samobójstwa znika z życia, choć zapewnia, że nie zrobi
żadnego głupstwa. „…Nie martwcie się o mnie, będę żył
z piętnem swojego czynu do końca moich dni i mam
nadzieję, że to będzie długie życie, abym mógł odpokutować
za swój grzech. Nie musicie się martwić o swoje
kariery, na pewno wam nie zaszkodzę. Znajomym powiedzcie,
że wyjechałem na studia do innego miasta,
albo wymyślcie coś innego, w końcu jesteście dobrzy
w oszukiwaniu innych. I pamiętajcie, że Was kocham
mimo wszystko.” – tak zakończył swój pożegnalny list do
rodziców. Więcej ich nie widział. Młodzieńcze uniesienia,
poczucie krzywdy jaką wyrządził drugiemu człowiekowi,
wiara w ideały i niewiara w system penitencjarny PRL-u,
pokierowały go w stronę odosobnienia cielesnego ale
i duchowego. Od księdza w parafii, do której w tajemnicy
przed ojcem chodził na msze (zazwyczaj w soboty, a nie
w niedziele), dowiedział się o zakonie kontemplacyjnym
kamedułów. I to tam postanowił odpokutować za swój
czyn. Miał nadzieję na resocjalizację duchową, a fizyczne
odosobnienie dawało mu poczucie zadośćuczynienia za
swoje winy. Czasu przecież nie był w stanie cofnąć. Swojej
ofierze też nie był już w stanie pomóc.
O śmierci rodziców dowiedział się od przeora, który
z racji funkcji miał częstszy kontakt ze światem zewnętrznym.
Wyczytał w gazecie o tragicznym zdarzeniu w Gdyni
z udziałem przewodniczącego partii o nazwisku zgodnym
z nazwiskiem jednego z jego eremitów. Dodał dwa
do dwóch i swoimi skojarzeniami podzielił się z braciszkiem.
Zginęli w wypadku samochodowym w 1995 roku.
Pochowano ich na cmentarzu na Spokojnej. Od tamtego
czasu, rok w rok w ich rocznicę ślubu, brat Horacy przychodził
na grób i godzinami modlił się w zadumie. Długo
prosił przełożonego o zgodę na tą coroczną pielgrzymkę.
Co prawda reguła zakonu nie przewidywała tego typu
udogodnień w opuszczaniu zakonnych murów, ale przeor,
mając na względzie fakt, że Horacy, odkąd pojawił się
w klasztorze, ani razu nie opuścił jego terytorium, w drodze
wyjątku, po konsultacji z „górą” i tą na ziemi i tą w niebie,
wydał korzystną decyzję. Pozwolił bratu zakonnemu na
tę małą, osobistą, coroczną drogę krzyżową w celu pojednania
pośmiertnego z rodzicami. Horacy bardzo pragnął,
w modlitwie nad ich grobem, uzyskać od nich milczące
wybaczenie za to, że ich porzucił, zostawił bez żadnej informacji
dokąd ucieka i za to, że nie był przy nich w chwili
ostatniego ziemskiego pożegnania.
Stary Majchrzak, cmentarny stróż, przyzwyczaił się do
tych wizyt zakonnika. Za pierwszym razem przestraszył się,
że to jakaś dusza zbłąkana zawisła nad mogiłą Kaliszuków
i tkwi tam od kilku godzin. Przełamując strach i zaopatrzywszy
się w różaniec i długą lagę, podkradł się w pobliże.
Z odległości kilku metrów krzyknął na zakonnika, co tam
robi. Ale gdy usłyszał w odpowiedzi: „Pochwalony Jezus
Chrystus. Zaraz kończę. Przepraszam, pan pewnie chce
bramę zamykać. Już idę.” zrozumiał, że to żywy człowiek,
przeprosił i czmychnął speszony, ale i uradowany, że to nie
duch i dumny, że pokonał swój strach. Kiedy więc w kolejnych
latach widywał zakapturzoną postać pochyloną nad
grobem, nigdy już nie przeszkadzał. Z czasem tak przyzwyczaił
się do odwiedzin zakonnika, że nawet postawił mu
ławeczkę przy mogile, żeby coraz starszy mnich mógł na
niej spocząć w swojej kilkugodzinnej zadumie. Gdy znalazł
na ławeczce kartkę z napisem :„Stokrotne dzięki, za Twoją
dobroć i życzliwość, za zrozumienie i za ten dar z serca
ku ulżeniu starym kościom. Bóg zapłać. Ojciec Horacy”,
Majchrzak poczuł do zakonnika coś w rodzaju braterskiej
więzi. Czuwał nad spokojem modlitwy Horacego, żeby nikt
mu jej nie zakłócał. I dbał o ławeczkę, żeby nie zmurszała.
Majchrzak zdziwił się, że zakonnik tym razem dłużej
niż zawsze zastygł nad mogiłą. Minęła już prawie godzina
ponad coroczny dystans modlitwy Horacego, a ten dalej
tkwił w swojej zadumanej pozie. Po kolejnej półgodzinie,
stary stróż postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku
u kapucyna. Podszedł na odległość dwóch kroków.
– Ojcze, wszystko w porządku?
Żadnej reakcji
– Ojcze Horacy! – podniósł głos zaniepokojony.
Podszedł bliżej i dotknął ramienia zakonnika. Poczuł
dziwny chłód i w tej chwili ciało Horacego zsunęło się
z ławki i wylądowało na ziemi.
– O mój Boże – jęknął Majchrzak. – Ojcze Horacy –
zaczął szarpać ciałem leżącym u jego stóp. Pochyliwszy
się bardziej zauważył plamę krwi na białym habicie duchownego.
Upewniwszy się, że braciszek zakonny nie
żyje (a Majchrzak miał doświadczenie w nieboszczykach
i wiedział kiedy ktoś jest już zimy na wieki) i doszedłszy
do wniosku, że ktoś pomógł Horacemu w opuszczeniu
ziemskiego padołu, stary popędził chyżo (jak na swój wiek)
do swojej kanciapy i powiadomił organa ścigania.
.png)



