top of page

6 listopada 2018

Ojciec Horacy wyruszył z klasztoru wcześnie rano, jeszcze

przed nieszporami. Raz w roku oficjalnie pozwalał sobie na

luksus opuszczenia murów zakonnych, za którymi reguła

milczenia nie obowiązywała. Nie robił tego po to, żeby sobie

pogadać, opuszczał zakon tego listopadowego dnia każdego

roku dla pozałatwiania własnych spraw, które pozostały po

tej stronie. Jego celem był cmentarz, na którym pochowano

jego rodziców. Co roku w rocznicę ich ślubu przyjeżdżał

tu i długo modlił się nad ich grobem, rozmyślając nad

swoim życiem i prosząc Pana o siłę na dalszą pokutę jaką

sobie wyznaczył. Dopóki rodzice żyli, nie chciał wychodzić

poza mury opactwa. Ślubował ubóstwo i wieczną modlitwę.

Pozostawił ich samych 54 lata temu, porzucając nagle studia

i informując, że znika na zawsze. Na stoliku nocnym przy

łóżku zostawił list z informacją, że nie może tak dłużej żyć,

że nie chce im wyrządzać krzywdy, ale najlepiej by było

jakby odszedł z tego świata. Nie mogąc jednak popełnić

samobójstwa znika z życia, choć zapewnia, że nie zrobi

żadnego głupstwa. „…Nie martwcie się o mnie, będę żył

z piętnem swojego czynu do końca moich dni i mam

nadzieję, że to będzie długie życie, abym mógł odpokutować

za swój grzech. Nie musicie się martwić o swoje

kariery, na pewno wam nie zaszkodzę. Znajomym powiedzcie,

że wyjechałem na studia do innego miasta,

albo wymyślcie coś innego, w końcu jesteście dobrzy

w oszukiwaniu innych. I pamiętajcie, że Was kocham

mimo wszystko.” – tak zakończył swój pożegnalny list do

rodziców. Więcej ich nie widział. Młodzieńcze uniesienia,

poczucie krzywdy jaką wyrządził drugiemu człowiekowi,

wiara w ideały i niewiara w system penitencjarny PRL-u,

pokierowały go w stronę odosobnienia cielesnego ale

i duchowego. Od księdza w parafii, do której w tajemnicy

przed ojcem chodził na msze (zazwyczaj w soboty, a nie

w niedziele), dowiedział się o zakonie kontemplacyjnym

kamedułów. I to tam postanowił odpokutować za swój

czyn. Miał nadzieję na resocjalizację duchową, a fizyczne

odosobnienie dawało mu poczucie zadośćuczynienia za

swoje winy. Czasu przecież nie był w stanie cofnąć. Swojej

ofierze też nie był już w stanie pomóc.

O śmierci rodziców dowiedział się od przeora, który

z racji funkcji miał częstszy kontakt ze światem zewnętrznym.

Wyczytał w gazecie o tragicznym zdarzeniu w Gdyni

z udziałem przewodniczącego partii o nazwisku zgodnym

z nazwiskiem jednego z jego eremitów. Dodał dwa

do dwóch i swoimi skojarzeniami podzielił się z braciszkiem.

Zginęli w wypadku samochodowym w 1995 roku.

Pochowano ich na cmentarzu na Spokojnej. Od tamtego

czasu, rok w rok w ich rocznicę ślubu, brat Horacy przychodził

na grób i godzinami modlił się w zadumie. Długo

prosił przełożonego o zgodę na tą coroczną pielgrzymkę.

Co prawda reguła zakonu nie przewidywała tego typu

udogodnień w opuszczaniu zakonnych murów, ale przeor,

mając na względzie fakt, że Horacy, odkąd pojawił się

w klasztorze, ani razu nie opuścił jego terytorium, w drodze

wyjątku, po konsultacji z „górą” i tą na ziemi i tą w niebie,

wydał korzystną decyzję. Pozwolił bratu zakonnemu na

tę małą, osobistą, coroczną drogę krzyżową w celu pojednania

pośmiertnego z rodzicami. Horacy bardzo pragnął,

w modlitwie nad ich grobem, uzyskać od nich milczące

wybaczenie za to, że ich porzucił, zostawił bez żadnej informacji

dokąd ucieka i za to, że nie był przy nich w chwili

ostatniego ziemskiego pożegnania.

Stary Majchrzak, cmentarny stróż, przyzwyczaił się do

tych wizyt zakonnika. Za pierwszym razem przestraszył się,

że to jakaś dusza zbłąkana zawisła nad mogiłą Kaliszuków

i tkwi tam od kilku godzin. Przełamując strach i zaopatrzywszy

się w różaniec i długą lagę, podkradł się w pobliże.

Z odległości kilku metrów krzyknął na zakonnika, co tam

robi. Ale gdy usłyszał w odpowiedzi: „Pochwalony Jezus

Chrystus. Zaraz kończę. Przepraszam, pan pewnie chce

bramę zamykać. Już idę.” zrozumiał, że to żywy człowiek,

przeprosił i czmychnął speszony, ale i uradowany, że to nie

duch i dumny, że pokonał swój strach. Kiedy więc w kolejnych

latach widywał zakapturzoną postać pochyloną nad

grobem, nigdy już nie przeszkadzał. Z czasem tak przyzwyczaił

się do odwiedzin zakonnika, że nawet postawił mu

ławeczkę przy mogile, żeby coraz starszy mnich mógł na

niej spocząć w swojej kilkugodzinnej zadumie. Gdy znalazł

na ławeczce kartkę z napisem :„Stokrotne dzięki, za Twoją

dobroć i życzliwość, za zrozumienie i za ten dar z serca

ku ulżeniu starym kościom. Bóg zapłać. Ojciec Horacy”,

Majchrzak poczuł do zakonnika coś w rodzaju braterskiej

więzi. Czuwał nad spokojem modlitwy Horacego, żeby nikt

mu jej nie zakłócał. I dbał o ławeczkę, żeby nie zmurszała.

Majchrzak zdziwił się, że zakonnik tym razem dłużej

niż zawsze zastygł nad mogiłą. Minęła już prawie godzina

ponad coroczny dystans modlitwy Horacego, a ten dalej

tkwił w swojej zadumanej pozie. Po kolejnej półgodzinie,

stary stróż postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku

u kapucyna. Podszedł na odległość dwóch kroków.

– Ojcze, wszystko w porządku?

Żadnej reakcji

– Ojcze Horacy! – podniósł głos zaniepokojony.

Podszedł bliżej i dotknął ramienia zakonnika. Poczuł

dziwny chłód i w tej chwili ciało Horacego zsunęło się

z ławki i wylądowało na ziemi.

– O mój Boże – jęknął Majchrzak. – Ojcze Horacy –

zaczął szarpać ciałem leżącym u jego stóp. Pochyliwszy

się bardziej zauważył plamę krwi na białym habicie duchownego.

Upewniwszy się, że braciszek zakonny nie

żyje (a Majchrzak miał doświadczenie w nieboszczykach

i wiedział kiedy ktoś jest już zimy na wieki) i doszedłszy

do wniosku, że ktoś pomógł Horacemu w opuszczeniu

ziemskiego padołu, stary popędził chyżo (jak na swój wiek)

do swojej kanciapy i powiadomił organa ścigania.

bottom of page