27 lipiec 1963
- 11 mar
- 3 minut(y) czytania
Kazimierz Sowa pracował w porcie przy przeładunkach
worków z paszą. Kiedy podjeżdżał pociąg, dokerzy tacy jak
on, wyładowywali worki z wagonów i przygotowywali je do
załadunku na statki, wykonywane z kolei przez dźwigi. Pan
Kazimierz był wdowcem z dwiema córkami. Żona zmarła
przy porodzie drugiej dziewczynki. Jak to w powojennych
czasach z rodzinami bywało, rzadko komu pozostała pełna
familia. Kazimierz i jego żona byli powojennymi sierotami
i po stracie małżonki chłop nie miał nikogo do pomocy.
Ogólnie nie miał lekko, ale jeszcze ciężej miały jego dzieci.
Kaziu nie wylewał za kołnierz. Nie żeby był alkoholikiem,
ale na lekkim rauszu był codziennie. Do roboty szedł trzeźwy,
ale zdarzało się, że wypili razem z kolegami podczas
pracy, albo po robocie szli na piwko do baru „Postój”, lub
po drodze do domu wstępował do „Baryłki”. Czasami pozwalał
sobie na więcej i wracał do domu mocno chwiejnym
krokiem, ledwo trafiając z powrotem do swojego mieszkania.
Nie, nie był agresywny, nie bił dzieci. Starał się, żeby
dziewczynki nigdy nie były głodne, czy brudne. Tylko
właśnie w dniach, gdy odpływał w rzece wódy córeczkom
doskwierał głód. Kazimierz nigdy nie miewał kilkudniówek,
więc szybko doprowadzał sytuację rodzinną do normalności,
jeżeli można tak nazwać jego panowanie nad
prowadzeniem gospodarstwa domowego na lekkim gazie.
Dziewczynek doglądały sąsiadki, rozumiejąc trudny los
wdowca. Współczuły mu i były wyrozumiałe. Pomagały jak
mogły. Kiedy dziewczynki były na tyle duże, że zrozumiały,
iż cały świat nie pije wódki na co dzień i są też tatusiowie,
którzy przychodzą trzeźwi z pracy, próbowały zmienić
przyzwyczajenia ojca. Niestety, wyrobione przez lata nawyki
nie dały się usunąć z postępowania Kazimierza. Z czasem
jego córki przywykły i nauczyły się funkcjonować w takim
świecie. Można powiedzieć, że przeszły przyspieszony kurs
dorosłości i od osiągnięcia siódmego czy ósmego roku życia
stały się gospodyniami domowymi pełną gębą. Czasy
były takie, że nikomu nie przyszło do głowy wzywać służb
miejskich, aby zabrać dzieci ojcu. Kazimierz przynosił wypłatę,
wkładał pieniądze do pudełka w szufladzie stołu kuchennego,
a dziewczynki w swej roztropności robiły z nich
użytek tylko na rzeczy potrzebne do życia i do normalnego
funkcjonowania rodziny. Czasami korciło je, żeby wydać
trochę na zbytki, ale ponieważ nigdy nie było tych pieniędzy
zbyt wiele, to nauczyły się gospodarować tak, żeby starczało
od pierwszego, do pierwszego. Ojciec zostawiał sobie tak
zwane zaskórniaki na swoje potrzeby i nigdy nie podbierał
kasy z pudełka w szufladzie. Kiedyś próbował, ale napotkał
straszny opór ze strony dziewczynek i odpuścił.
Z czasem dziewczynki zaczęły chodzić do szkoły, najpierw
jedna, potem druga. Uczyły się dobrze. Starsza lubiła
śpiewać i pokochała nauki humanistyczne, młodsza miała
umysł ścisły i talent do rysowania. Uzupełniały się. Od jakiegoś
czasu, tak gdzieś od dwóch lat, namawiały ojca, żeby
puścił je w wakacje na kolonie. Inne dzieci opowiadały jak
fajnie spędzały czas na wyjazdach kolonijnych, jak poznawały
tam nowych przyjaciół, jak miały organizowany czas,
jakie super były różne konkursy i zabawy. Córki Kazimierza
zatopione w pracach domowych nigdy nie zaznały takiego
luksusu. Na początku nie chciał nawet o tym słyszeć, no bo
jak to będzie, kto zadba o dom, kto zrobi obiad i kolację.
Z czasem jednak coraz bardziej myślał o tych koloniach
i doszedł do wniosku, że nie może kazać dziewczynkom
tylko pracować, że przecież one są jeszcze dziećmi, że przez
te trzy tygodnie się rozerwą i nabiorą sił na cały dalszy rok,
a on dostanie trochę większego luzu. Zgodził się. W lipcu
dzieci zapakowały walizki, ojciec przyprowadził je na plac
przed portowym domem kultury, wsadził do autobusu wiozącego
kolonistów do Jasienia, pomachał na pożegnanie
i poszedł do pracy. Dzieci po tygodniu napisały do niego list,
że jest świetnie, że cudownie się bawią. że mają mnóstwo
nowych koleżanek i kolegów, że wychowawcy tacy mili,
że pełno zajęć, konkursów, ognisk, zawodów sportowych,
że dziękują za pozwolenie na kolonie i że bardzo kochają
swojego rodziciela. Kazimierz był szczęśliwy. Z radości upił
się nawet mocniej niż zwykle, ale czekał na powrót latorośli
z utęsknieniem i postanowił się ogarnąć i przywitać je na
trzeźwo. Trochę mu to nie wyszło, bo z tych emocji walnął
dwa piwka, ale 27 lipca stawił się po odbiór dziewczynek
na czas i wypatrywał kiedy zaczną wychodzić z autobusu.
Pozostałe dzieci wyskakiwały po kolei z uśmiechniętymi
buziami i rzucały się w objęcia swoich rodziców. Córki
Kazimierza natomiast wyszły z pojazdu na koniec, z głowami
spuszczonymi w dół, ze wzrokiem wbitym w ziemię i zamiast
radości, po ich policzkach spływały łzy. Opiekunka
kolonijna trzymała je za ręce. Kazimierz pomyślał, że wstydziły
się jego, że znowu dał plamę, że jest pijany, a dziewczynki
liczyły, że przyjdzie po nie trzeźwy. W milczeniu
odebrał dzieci od opiekunki, wziął w ręce walizki i ruszył
na przystanek autobusowy, żeby odwieźć córki do domu.
Dzieci ciągnęły się za ojcem jak cienie, w milczeniu, cały
czas pochlipując. Na przejściu dla pieszych podjechał do
nich samochód i wysiadł Kaliszuk, przewodniczący partii
w porcie. Wyciągnął portfel i włożył do kieszeni koszuli
Kazimierza banknot pięćset złotowy, ze słowami: „Zanim
coś zrobisz pomyśl i przyjdź do mnie”.
.png)
