top of page

10 Listopada 2018

  • 4 mar
  • 8 minut(y) czytania

Pani Jowita Wieniawa z domu Racławska przybyła punktualnie

o 12.00. Od razu było czuć wyższe sfery. Zapach

drogich perfum rozsiewał się po całej komendzie, zazwyczaj

przesyconej smrodem potu złachanych stróżów

prawa, goniących w swojej codzienności za bandziorami.

Te ostatnie indywidua, też zazwyczaj nie należały do klubu

dżentelmenów i gdy lądowały na komendzie, to wraz

z nimi lądował tu menelski odór niemytych ciał, niepranych

ciuchów i przetrawionego denaturatu. Nocna zmiana,

decyzją starego, została doposażona w ciepłe polary

i wietrzyła budynek komendy, żeby rano można było tu

wejść bez masek gazowych. Zaprosiliśmy zatem Panią

Jowitę do pokoju zazwyczaj używanego przez kobiecą

część naszej załogi. Widać było jednak, że jej nozdrza

pracują intensywnie nad zatamowaniem wlotu specyficznych

woni i osiadaniu ich na błonie węchowej. W trakcie

dostojnego pokonywania korytarza, Pani Jowita starała

się również zapanować nad swym odruchem wymiotnym.

Generalnie zasłaniała dłonią w rękawiczce usta i nos, raz

po raz wstrząsając ramionami w wyniku powstrzymania

cofki. Po wejściu do gabinetu aspirant Zalewskiej i aspirant

Kozioł, czyli naszych uroczych „aspirynek”, zaproponowałem

madame Wieniawie kawę (z automatu, no

bo skąd). Odmówiła. Wysłałem jednak Karcza po małą

czarną, aby zapachem kawy przykryć inne smrodki i uniknąć

ewentualnego kontaktu osobistego z treścią żołądka

naszego gościa (w dzisiejszych feministycznych czasach

– naszej gościni). Zdałem pokrótce relację ze stanu

zastanego w domu rodzinnym pani Jowity, po naszym

przybyciu, w dniu wezwania nas przez sprzątaczkę Marię.

Zapewniłem o prowadzeniu intensywnego śledztwa, o naszych

staraniach, o informowaniu na bieżąco, jeżeli taka

jest oczywiście wola zainteresowanej, et cetera.

– Droga Pani, – zacząłem zadawać pytanie skończywszy

z banialukami – czy szanowny ojciec pani, pan profesor

Racławski miał jakichś wrogów?

– Schematycznie, jakbym czytała kiepski kryminał – rzekła

Pani Wieniawa z wyższością. – Czy wy musicie zadawać

pytania w taki banalny sposób? Ojciec miał rację, powtarzając,

że nasz język ojczysty, jakże soczysty i urozmaicony,

jest strasznie spłaszczany i pozbawiany swej finezji i smaku.

Czyż nie można używać jędrnej mowy ojców naszych

w sposób bardziej wyszukany, bawiąc się możliwościami

jakie ona nam daje? Może to nie jest najlepsza chwila do

tego typu dywagacji, ale proszę się starać na przyszłość

ubarwiać swoje wypowiedzi, korzystając z zasobów jakie

daje nam skarbnica języka polskiego.

O, kurwa – pomyślałem – będzie jazda.

– Odpowiadając jednakże na pana pytanie, – kontynuowała

– sięgając w głębię moich wspomnień, zarówno tych

z dzieciństwa i młodości, czyli lat codziennego przebywania

w domu rodzinnym, jak i w okresie późniejszym i obecnym

po opuszczeniu przeze mnie familijnego gniazda, nie

przypominam sobie, aby ojciec mój pałał nienawiścią do

jakiejkolwiek osoby ludzkiej i odwrotnie, aby ktokolwiek

żywił do niego ansy, animozje bądź większe urazy.

O, kurwa – pomyślałem – Matrix. To się nie dzieje

naprawdę. Mówią, że ja gadam jak potłuczony. Są lepsi.

Zdecydowanie. Nałęcz, jesteś nikim. Zaraz usłyszysz cytat

z klasyka: „Pan jest dla mnie zerem”. Chociaż nie, ten

klasyk nie wyleci z takich ust. Poczułyby się zbrukane. Nie

podołam, kurwa, nie dam rady, polegnę!

Wszedł Karniak z kawą.

– Może jednak pani skusi się na kawę – wyrzuciłem

z siebie kolejny banał.

– Ależ nie, dziękuję. Nie mam zamiaru przebywać tu dłużej

niż to jest konieczne. Panowie nie poczujcie się urażeni,

ale niestety polskiej policji daleko jeszcze do standardów

europejskich i światowych. Miałam niegdyś okazję uczestniczyć

przy przesłuchaniu mojego małżonka w pewnej

sprawie w Monte Carlo. Zaproszono nas do Le Louis XV

– Alain Ducasse' a, zaproponowano mi wyśmienitego homara

z musem z szalotek w oczekiwaniu na zakończenie

konwersacji z moim mężem. Oczywiście zdaję sobie sprawę

z możliwości państwa budżetu i nie oczekuję żadnego

poczęstunku, nie mniej jednak, mogliby państwo przy

zapraszaniu na indagację, dobierać odpowiednie lokale

do odpowiednich osób mających uczestniczyć w takiej

konfrontacji.

Tym razem to już nawet „o, kurwa” nie pojawiło się

w moich zwojach. Wymiękam. Chciało mi się zwiać i zostawić

Karniaka na pożarcie tej hydrze. Karcz spojrzał na

mnie i zobaczyłem w jego oczach błysk złośliwej satysfakcji.

Odczytałem to jako: „no to się, kurwa, męcz”. Zatłukę

gnoja później. Na razie musiałem zmierzyć się z hrabinią

Wieniawą.

– Niestety łaskawa pani, jak pani raczyła zauważyć,

polskiej policji nie stać na homary, tudzież inne luksusy,

ani na bywanie w drogich restauracjach. Mamy taką rzeczywistość,

jaką mamy. Jak pani wie, borykamy się z trudnościami

zarówno kadrowymi jak i lokalowymi, odziedziczonymi

często jeszcze po nieokrzesanych latach PRL-u.

Ambitnie dążymy już wszakże do polepszenia warunków

i zbliżenia się do europejskich standardów, musimy jednak

zdawać sobie sprawę, że w sytuacji ograniczonego

budżetu, wynikającego z potrzeb zaspokojenia wszystkich

zaniedbanych przez naszych poprzedników sfer naszego

życia, my jako służby mundurowe jesteśmy zmuszeni wykazać

się jak największym zrozumieniem takiego stanu

finansów publicznych państwa i czekać z pokorą na rozwój

naszej gospodarki, dla dobra obywateli najjaśniejszej

Rzeczypospolitej. A wracając do sprawy, pozwolę sobie

zadać drugie pytanie: czy matka szanownej pani odeszła

w sposób naturalny, czy też opuściła ten świat z pomocą

osób trzecich?

Popatrzyła na mnie jakbym to ja odesłał jej świętej pamięci

tatusia na wieczną wachtę. Przeciągnęła spojrzeniem

po pokoju zatrzymując wzrok na chwilę na Karniaku.

Wciągnęła powietrze nosem.

Albo rzygnie, albo wybuchnie – pomyślałem.

– Panie… – tu zawiesiła głos ze znakiem zapytania w tle

i z wyczekiwaniem.

– Nałęcz. Komisarz Tomasz Nałęcz – przypomniałem

swoje dane personalne.

– Panie Nałęcz, a w jakiż to sposób do bieżącej sytuacji

mają odnieść się okoliczności śmierci mojej świętej pamięci

mamusi?

Mam cię jędzo – pomyślałem. Dałaś się wciągnąć w nomenklaturę

urzędową. To moje rewiry. Ja tu, kurwa, rządzę.

Tylko uważaj Nałęcz. Wykształciuchy nie lubią obecnej władzy,

z drugiej jednak mańki, to aktualnie rządzący upodobali

sobie zwrot „świętej pamięci”, więc nie wiadomo, którą

opcję preferuje chodząca elokwencja. Nie idź w politykę.

Pańcia bywa na salonach i to w całej Europie, więc zadbaj

o swój zad i się nie skompromituj.

– Otóż szukamy motywu. Pani ojciec został zamordowany.

Narzędzie zbrodni pozostało na miejscu zdarzenia.

Z domu nic nie zginęło. Podejrzewamy motyw zemsty, zazdrości,

ludzkiej zawiści. Drzwi były zamknięte na klucz,

a prawdopodobnie wszystkie komplety kluczy, z wyjątkiem

tego, który posiada łaskawa pani, jak przypuszczamy, nie

były użyte do zamknięcia. Zakładamy, że szanowny tatuś

łaskawej pani znał mordercę i wpuścił go do domu. Jeżeli

zatem pani mamusia została również zamordowana, może

musimy zajrzeć do przeszłości. Stąd moje pytanie.

– Panie … Nałęcz, czy mam rozumieć, że policja zakłada,

iż mój ojciec, profesor Anastazy Racławski, wpuścił do

domu mordercę, dał się uderzyć w tył głowy, ze skutkiem,

jak to wy mówicie, śmiertelnym, a następnie wypuścił

mordercę i zamknął za nim drzwi? W kwestii śmierci

mojej mamusi, to pożegnała nas po długiej chorobie,

udokumentowanej medycznie i opuściła ziemską krainę

odchodząc na łąki pańskie w sposób naturalny, bez niczyjego

pomocnictwa. Nie ma zatem żadnego zakładanego

przez panów związku przyczynowo-skutkowego śmierci

mojej świętej pamięci mamusi z ohydnym pozbawieniem

żywota mojego świętej pamięci tatusia, nieodżałowanego

nauczyciela akademickiego, wpajającego w dusze i serca

kwiatu naszej młodzieży najznamienitsze odcienie mowy

polskiej.

A już ją miałem na widelcu. Karniak znowu spojrzał

mi w oczy z satysfakcją rzeźnika obdzierającego świńską

tuszę ze skóry.

– Ta wasza dedukcja, – perorowała dalej – czy co wy

tam w tej policji robicie w sprawach kryminalnych, doprowadziła

was do słusznych konstatacji, iż to właśnie

ja jestem w posiadaniu trzeciego kompletu kluczy do

rodzinnego domu.

– Czwartego – wtrącił się nagle Karniak.

– Trzeciego, młody człowieku. Pierwszy należy, o przepraszam,

należał, do mojego tatusia, ponieważ to on był

właścicielem domu odziedziczonego po swoich zacnych

rodzicach. Drugi należał niegdyś do mojej świętej pamięci

mamusi. Po jej śmierci Tatuś zamknął go w toaletce

w sypialni mamusi i nigdy nie był on wyciągany

na światło dzienne. Spoczął tam zgodnie z wolą tatusia

niczym w mogile. Trzeci jest u mnie, prawowitej dziedziczki

w następnym pokoleniu, murów rodzinnych familii

Racławskich. Czwarty, natomiast, został przekazany

czasowo niejakiej Marii Hinc, osobie wynajętej do sprzątania

domowych zakamarków w budowli Racławskich.

Wróciła na całego. Walcz – pomyślałem w duchu –

walcz, dasz radę.

– Jak często bywała pani w odwiedzinach u pana profesora?

– spytałem

– Starałam się bywać z wizytą u tatusia w miarę moich

możliwości. Niestety obowiązki bycia przy mężu, na

jego licznych spotkaniach biznesowo-towarzyskich, nie

pozwalały mi na częste wizytowanie ojca. Nasze więzi były

utrzymywane w sposób trwały, poprzez wzajemną miłość

jaką ojciec czuje do jedynej pociechy i jaką kochająca córka

otacza swego rodziciela. Nie musieliśmy mieć kontaktów

fizycznych, aby podtrzymywać rodzinne uczucia.

Zimna suka – pomyślałem.

– Czy mogła by pani precyzyjniej określić ile razy w roku

odwiedzała pani ojca?

– No cóż, od czasu zamążpójścia i przyjęcia na siebie roli

kapłanki domowego ogniska tworzonego wraz z Augustem

Filipem Wieniawą w podpoznańskich Złotnikach, nie

miałam wiele czasu na dawanie upustu własnej tęsknocie.

Raczej sporadycznie pojawiałam się u ojca. Dopóki

żyła mamusia, to ona wypełniała jego dni swoją miłością

i oddaniem. Ja nie musiałam zwracać jego uwagi na siebie

i odrywać go od ulubionej polszczyzny. Po śmierci matki

obowiązki bycia żoną przy mężu tak mnie absorbowały,

iż nie mogłam pozwalać sobie na zaspokajanie własnych

zachcianek. Jak mówiłam, czuliśmy z ojcem głęboką więź

emocjonalną i nie mieliśmy konieczności częstych spotkań

fizycznych.

Znowu cię mam.

– Czyli konkludując, to ile było tych wizyt rocznie?

– Trzy – cichutko rzekła Wieniawa.

– Trzy w ciągu roku?

– Nie, trzy od czasu śmierci mamusi – odpowiedziała

z pokorą w głosie.

– A w którym roku zeszła pani mamusia? – poczułem

rosnąca satysfakcję, jakbym wrzucał raka do wrzątku przed

konsumpcją.

– Czy to jest istotne dla śledztwa? – odcięła się pani

Jowita.

– W zasadzie nie ma to może wpływu na zaistniałą

sytuację, ale chcielibyśmy prosić panią o zlustrowanie

stanu wyposażenia domu rodzinnego pod kątem potwierdzenia,

czy, zdaniem pani, coś z niego zginęło. A zatem

wiedza o rozpiętości czasowej, w jakiej bywała pani

w ostatnim okresie życia ojca w jego włościach, pozwoli

nam oszacować trafność pani obserwacji w skali od jednego

do dziesięciu, co z kolei pozwoli nam na zbliżenie

się do ustalenia motywu zagadkowego zabójstwa ojca

pani Anastazego Racławskiego – zalałem ją urzędniczym

słowotokiem.

Przedziurawiła mnie promieniem laserowym, wydobywającym

się z jej oczu. Jakoś tak nawet nie odczuwałem

dla niej współczucia. W obliczu zabójstwa własnego ojca

bawiła się w wysublimowane gierki słowne.

– Mamusia odeszła z tego świata w 2002 roku.

Wiktoria – uradowałem się w duchu. Pani „zimna suka”

tańczy jak jej zagram.

– To kiedy odwiedziła pani tatusia ostatni raz?

– Jakieś 3, 4 lata temu – odparła skruszona.

– Muszę jeszcze zadać pani standardowe pytanie z gatunku

tych policyjnych, z filmów i kryminałów: gdzie

pani była w dniu siódmego listopada 2018 roku między

godziną szesnastą, a osiemnastą?

– Jak pan śmie! Pan nie może mnie podejrzewać o ojcobójstwo.

Ja sobie wypraszam takie insynuacje – zdecydowanie

podniosła głos.

Oho! Trafiona, zatopiona. Jednak jakieś uczucie wykwitło

u mnie w stosunku do pani elokwentnej – satysfakcja.

Dokopałem babie.

– Jak mówiłem, muszę zadać takie pytanie. Zawsze

pierwszymi podejrzanymi, w przypadku braku natychmiastowego

wykrycia sprawcy, jest najbliższa rodzina.

No więc? – specjalnie zacząłem znęcać się nad językiem

polskim i panią Wieniawą.

Wydawało mi się, że się wzdrygnęła.

– Byliśmy z mężem na spotkaniu biznesowym z jego

kontrahentem. Proszę tylko bardzo dyskretnie sprawdzać

nasze alibi. Nie możemy pozwolić sobie na łączenie nas

z jakąkolwiek sprawą kryminalną.

– Oczywiście uszanujemy państwa prawa konstytucyjne

– moja satysfakcja latała już pod sufitem. – Jeszcze jedno:

czy mają państwo dzieci?

– Nie, nie mamy. Rozumiem, że to pytanie też jest istotne

dla śledztwa?

– Nie pozwoliłbym sobie na żadne niepotrzebne zdanie

pytające. To chyba wszystko. Proszę, to jest moja wizytówka.

Jak już pani rozejrzy się po domu, proszę do mnie zadzwonić

i powiedzieć czy zauważyła pani brak jakichś rzeczy,

które pani zdaniem powinny znajdować się w domu. I to

na razie wszystko. Dziękuję, że zechciała pani skorzystać

z naszego zaproszenia. Aspirancie Karcz, odprowadźcie

panią do wyjścia.

Karniak wrócił z miną zdobywcy Mount Everestu.

– Zimna suka – rzucił wchodząc.

– Ale jaka elokwentna. – odpowiedziałem – Co miały

znaczyć te twoje głupie spojrzenia w moją stronę, podszyte

wredną radochą?

– Nie wiem o czym szef mówi?

– Gdybym z nią przegrał, to bym cię udusił za te twoje

ciche, szelmowskie uwagi rzucane oczami. Ścisnąłbym

ci gardło tak, żeby te obmierzłe ślepia wyskoczyły z orbit.

Masz szczęście, że twój szefuńcio nie jest w ciemię bity.

Karniak zachichotał pod nosem.

– A teraz idziemy na jednego … – zaśpiewałem weselny

kawałek – … i przez Karniaczka stawianego – dośpiewałem

do rymu.

I poszliśmy.


bottom of page