top of page

Kolejny fragment książki

Na spotkaniu ze starym oczywiście była gadka o tym, że

pilne, że super ważne, że jak szybko nie rozwiążemy sprawy

to polecą głowy, itd., itp…

A sprawa wyglądała pokrótce tak, że niejaka pani Maria,

co to sprząta u pana profesora w każdą środę do południa,

zostawiła u niego po robocie rękawiczki. A że na dworze

było w miarę ciepło, nie zwróciła na to uwagi. Usiadła po

południu przed telewizorem, żeby obejrzeć Panoramę i po

prognozie pogody, w której zapowiedzieli na przyszły tydzień

ochłodzenie, skojarzyła sobie, że nie wzięła rękawiczek

z domu profesora. Zadzwoniła więc do niego, ale że nie

odbierał, postanowiła podjechać osobiście jeszcze tego wieczora

do pana profesora, żeby zabrać zgubę. Mąż nie chciał

z nią ruszać, więc pojechała sama. Zadzwoniła domofonem,

poczekała dłuższą chwilę, a że nikt nie odbierał, a ona miała

własne klucze, popatrzyła w ciemne okna i postanowiła

szybciutko wejść, zabrać co swoje i jeszcze szybciej wyjść,

zakładając, że pana profesora nie ma. Jakież było jej zdziwienie,

kiedy po wejściu do holu, kątem oka zobaczyła profesora

w pracowni z głową leżąca na biurku. Zasnął biedaczek – pomyślała

i już miała wyjść, kiedy coś ją tchnęło, żeby jednak

podejść do profesora i sprawdzić, czy aby na pewno oddycha.

Nie oddychał. Mało tego, dookoła głowy miał aureolę z krwi,

która sączyła się z rozbitej potylicy. Pani Maria jak stała, tak

padła. Ocknęła się kilka chwil później, spojrzała na profesora,

ale ten niestety dalej trwał w poprzedniej pozie. Cóż

było robić, podniosła się, dla pewności pociągnęła profesora

za rękaw i uciekła do holu, skąd, pełna obaw o swoje życie,

wybiegła dalej za drzwi wejściowe do ogrodu i zadzwoniła

pod 112. Przyjechała karetka, potem nasi i ot cała historyja

z relacji tejże pani Marii wynikająca.

Mnie ściągnęli z domu około dwudziestej. A teraz jest

po szóstej rano, stary się drze i wymądrza, a my musimy

zmierzyć się z tym, teraz już bardzo, bardzo, bardzo ważnym,

zadaniem: kto i dlaczego wysłał profesora na tamten świat.

W końcu prędzej, czy później do tego dojdziemy, ale teraz

to mnie bardziej zastanawia, skąd te ministery tak szybko

dowiedziały się o zejściu profesorka? Podejrzewam starego.

To on obraca się w wyższych kręgach i to była pewnie jego

inicjatywa, żeby szybko powiadomić kogoś na górze, a teraz

zwala na nich całe to zamieszanie. No cóż, – rzekłem w duchu

– zatrudniłeś się za psa, musisz szczekać.

– Panowie i Panie, – wyrwał mnie z zamyślenia podniesiony

głos komendanta – ponieważ będziemy poruszać się

wśród wyższej kadry akademickiej, proszę zwracać szczególną

uwagę na język i nie używać określeń kojarzonych

z kobietami lekkich obyczajów, nie korzystać z męskich

członków czy pierdo…obiboka, czyli lenia, w żadnej odmianie

fleksyjnej. Trafił nam się nieboszczyk językoznawca i to

jeszcze od naszej mowy ojczystej, więc jakby wasi rozmówcy

używali nawet takich sformułowań jak: „Daj ać ja pobruszę,

a ty poczywaj”, to pamiętajcie, że was nie obrażają, nie

mówią żadnych świństw, a jest to jeno język naszych ojców

od zarania dziejów i ma być on czysty i wolny od wcześniej

przeze mnie wspomnianych określeń uważanych powszechnie

za wulgarne. Mam nadzieję, że to jest jasne. Dowództwo

obejmuje komisarz Nałęcz. Brać się do roboty i meldować

o sukcesach. Nałęcz do mnie, reszta do pracy.

I w ten oto sposób wylądowałem u starego w gabinecie,

bo Nałęcz to ja, a „stary” to komendant. Byłem, oczywiście

jak zwykle, zaskoczony przydzieleniem mi kolejnej sprawy.

No i wkurzony sposobem w jaki się o tym dowiedziałem.

Nie dość, że wziął mnie z totalnego zaskoczenia, to jeszcze

o szóstej rano, na szybko zwołanej odprawie. Jakby nie mógł

mnie najpierw o tym osobiście poinformować? A tak zrobiłem

niekontrolowany wytrzeszcz, czyli oczy poszukujące

jakichkolwiek oznak myślenia i ruszyłem za starym do jego

gabinetu jak na ścięcie.

bottom of page