Kolejny fragment książki
- Zbigniew
- 19 lis 2025
- 3 minut(y) czytania
Na spotkaniu ze starym oczywiście była gadka o tym, że
pilne, że super ważne, że jak szybko nie rozwiążemy sprawy
to polecą głowy, itd., itp…
A sprawa wyglądała pokrótce tak, że niejaka pani Maria,
co to sprząta u pana profesora w każdą środę do południa,
zostawiła u niego po robocie rękawiczki. A że na dworze
było w miarę ciepło, nie zwróciła na to uwagi. Usiadła po
południu przed telewizorem, żeby obejrzeć Panoramę i po
prognozie pogody, w której zapowiedzieli na przyszły tydzień
ochłodzenie, skojarzyła sobie, że nie wzięła rękawiczek
z domu profesora. Zadzwoniła więc do niego, ale że nie
odbierał, postanowiła podjechać osobiście jeszcze tego wieczora
do pana profesora, żeby zabrać zgubę. Mąż nie chciał
z nią ruszać, więc pojechała sama. Zadzwoniła domofonem,
poczekała dłuższą chwilę, a że nikt nie odbierał, a ona miała
własne klucze, popatrzyła w ciemne okna i postanowiła
szybciutko wejść, zabrać co swoje i jeszcze szybciej wyjść,
zakładając, że pana profesora nie ma. Jakież było jej zdziwienie,
kiedy po wejściu do holu, kątem oka zobaczyła profesora
w pracowni z głową leżąca na biurku. Zasnął biedaczek – pomyślała
i już miała wyjść, kiedy coś ją tchnęło, żeby jednak
podejść do profesora i sprawdzić, czy aby na pewno oddycha.
Nie oddychał. Mało tego, dookoła głowy miał aureolę z krwi,
która sączyła się z rozbitej potylicy. Pani Maria jak stała, tak
padła. Ocknęła się kilka chwil później, spojrzała na profesora,
ale ten niestety dalej trwał w poprzedniej pozie. Cóż
było robić, podniosła się, dla pewności pociągnęła profesora
za rękaw i uciekła do holu, skąd, pełna obaw o swoje życie,
wybiegła dalej za drzwi wejściowe do ogrodu i zadzwoniła
pod 112. Przyjechała karetka, potem nasi i ot cała historyja
z relacji tejże pani Marii wynikająca.
Mnie ściągnęli z domu około dwudziestej. A teraz jest
po szóstej rano, stary się drze i wymądrza, a my musimy
zmierzyć się z tym, teraz już bardzo, bardzo, bardzo ważnym,
zadaniem: kto i dlaczego wysłał profesora na tamten świat.
W końcu prędzej, czy później do tego dojdziemy, ale teraz
to mnie bardziej zastanawia, skąd te ministery tak szybko
dowiedziały się o zejściu profesorka? Podejrzewam starego.
To on obraca się w wyższych kręgach i to była pewnie jego
inicjatywa, żeby szybko powiadomić kogoś na górze, a teraz
zwala na nich całe to zamieszanie. No cóż, – rzekłem w duchu
– zatrudniłeś się za psa, musisz szczekać.
– Panowie i Panie, – wyrwał mnie z zamyślenia podniesiony
głos komendanta – ponieważ będziemy poruszać się
wśród wyższej kadry akademickiej, proszę zwracać szczególną
uwagę na język i nie używać określeń kojarzonych
z kobietami lekkich obyczajów, nie korzystać z męskich
członków czy pierdo…obiboka, czyli lenia, w żadnej odmianie
fleksyjnej. Trafił nam się nieboszczyk językoznawca i to
jeszcze od naszej mowy ojczystej, więc jakby wasi rozmówcy
używali nawet takich sformułowań jak: „Daj ać ja pobruszę,
a ty poczywaj”, to pamiętajcie, że was nie obrażają, nie
mówią żadnych świństw, a jest to jeno język naszych ojców
od zarania dziejów i ma być on czysty i wolny od wcześniej
przeze mnie wspomnianych określeń uważanych powszechnie
za wulgarne. Mam nadzieję, że to jest jasne. Dowództwo
obejmuje komisarz Nałęcz. Brać się do roboty i meldować
o sukcesach. Nałęcz do mnie, reszta do pracy.
I w ten oto sposób wylądowałem u starego w gabinecie,
bo Nałęcz to ja, a „stary” to komendant. Byłem, oczywiście
jak zwykle, zaskoczony przydzieleniem mi kolejnej sprawy.
No i wkurzony sposobem w jaki się o tym dowiedziałem.
Nie dość, że wziął mnie z totalnego zaskoczenia, to jeszcze
o szóstej rano, na szybko zwołanej odprawie. Jakby nie mógł
mnie najpierw o tym osobiście poinformować? A tak zrobiłem
niekontrolowany wytrzeszcz, czyli oczy poszukujące
jakichkolwiek oznak myślenia i ruszyłem za starym do jego
gabinetu jak na ścięcie.
.png)



