Ostatni fragment w tym roku!
- Zbigniew
- 31 gru 2025
- 5 minut(y) czytania
– Szefie, komendant pana szukał i kazał panu przekazać,
że pilnie ma pan zameldować się u niego w gabinecie
– przywitał mnie po wejściu do gabinetu głos Karniaka.
O kurwa! Zaczyna się. Nie cierpię spraw z udziałem (żywym,
czy martwym) osób znanych. Oni wszyscy myślą,
że jak są znani z tego, że są znani, to albo sprawy się same
rozwiązują, albo my mamy przerzucić wszystkie siły na ich
żądanie, zostawiając inne sprawy w głębokim poważaniu.
– Jeżeli już ciskają się ministerki, to mnie na miejscu
członek męski strzeli, używając nomenklatury komendanta.
Czy oni tam na górze, to już tak się oderwali od realności, że
im się wydaje, że u nas to zabójców znajduje się jak grzyby?
Przychodzisz na miejsce zbrodni i wychodzisz z koszykiem
morderców. Tu sromotnik, tu muchomor jadowity, tam
zasłonak rudy – koszyk zbrodniczej obfitości, tylko wybierać.
Wystarczy jeno zajrzeć pod kapelusz i już wiadomo,
który to dopuścił się niecnego czynu o jaki pyta
pan minister. Ja pierd… o przepraszam, ja i Pierre się
obibokujemy, znowu używając nomenklatury komendanta.
Poszedłem do starego.
– Nic jeszcze nie mamy. Morderca się nie podpisał,
nie zostawił swojego kału do analizy, żeby nam było, no
może nie przyjemniej, ale choć trochę łatwiej rozpocząć
tę gównianą robotę – zacząłem już skrzeczeć zanim zamknąłem
drzwi od środka.
Stary powoli odstawił filiżankę z kawą. Uciszył mnie
ruchem ręki.
– Przestań biadolić od samego wejścia. Napierdzielasz
bez sensu jak twój bardziej znany imiennik, tylko na całe
szczęście nie wciskasz co chwilę „..yyyyyy...” . A tak swoją
drogą, to twój ojciec miał poczucie humoru dając ci na
imię Tomasz. Wyobrażam go sobie nad kołyską z szyderczym
uśmiechem, jak mówi: „chciałeś być Nałęcz?
To masz!!!” Chociaż wtedy jeszcze ten Nałęcz nie był
na topie, a i teraz już nie jest, ale parcie na szkło jeszcze
ma. Wracając do prowadzonych przez ciebie tematów:
przyjąłem do wiadomości, że twoja wrodzona błyskotliwość
jeszcze śpi i nie pracuje na sto procent. Musisz
mieć więcej danych i więcej bodźców do działania, żeby
twój mózg analityczny wszedł na właściwe obroty i zaczął
rozwikływać zawiłości powierzonych ci spraw.
– Zaraz, zaraz komendancie. Mój szybki jak błyskawica
mózg, o którym raczył pan wspomnieć, wychwycił
w pana wypowiedzi, zawierającej między innymi jakże
trafną, aczkolwiek szyderczą, diagnozę genezy mojego
imienia, treści w liczbie mnogiej w haśle „tematy i sprawy”.
Z tego co wiem, to mam na tapecie jeden temat tak
priorytetowy, że wszystkie inne sprawy, za obopólną
zgodą, odsuwamy na bliżej nieokreślony czas przyszły.
Czyż nie?
– Czyż nie. Po pierwsze obopólna, jak sama nazwa
wskazuje, dotyczy obu stron dyskursu, a z tego co
pamiętam nic takiego nie mówiłem, a po drugie, żeby
nie rozwijać już po pierwsze, dbając o zaczyn dla twoich
szarych komórek, dołączyłem ci drugą sprawę. Jeżeli
jeszcze nikt cię o tym nie poinformował, to nastąpiło
to teraz.
Mina jaką zrobiłem, u normalnie reagującego, wrażliwego
osobnika, spowodowałaby natychmiastową sraczkę.
Niestety, komendant przyzwyczaił się już do mojej
umiejętności wyrażania myśli za pomocą mięśni twarzy.
– Otóż, na cmentarzu na Spokojnej – kontynuował –
ktoś dźgnął czymś pewnego mnicha w serce, ale przez
plecy. Najprawdopodobniej był to bagnet. Zakładamy
więc, że to pewnie były jakieś oprychy miejscowe, co
to puszki z mielonką, do degustacji wina, bagnetem
otwierają i chciały od księżulka na tacę, na kolejne wino.
Skąd u niego taka wyobraźnia? Puszki bagnetem otwierać.
W „Czterech pancernych” Gustlik to może i tak
puszki otwierał, ale dzisiaj?
– Ale naczelniku, – zacząłem oponować – sam pan
mówił, że profesor jest priorytetowy. To co, mam się
dzielić profesorem z jakimś mnichem? Zaniedbam ciało
pedagogiczne i będzie pan niezadowolony. A ja nie lubię
jak pan jest smutny.
Spojrzał na mnie spode łba. Szyderczy uśmiech jaki
zakwitł na jego ustach nie pozostawiał mi złudzeń. Nie
odpuści.
– Szybko ci pójdzie z tym zakonnikiem Nałęcz i przy
okazji potrenujesz zwoje, żeby były w pełni władz do
sprawy profesora. Tylko pamiętaj, że profesor ma cały
czas najwyższy priorytet, a mniszek jest tylko przystawką
przed głównym daniem.
– Pan to serca nie ma. Pana jakby tacy na cmentarzu
dźgnęli, to by im ten bagnet na wylot przeleciał i nie mieliby
czym dalej puszek otwierać. Czemu znowu ja? A Graczyk,
a Górecki, a Gomola?
Stary otworzył swój kajecik. Przewrócił kilka kartek wstecz.
– Żebyś nie brzęczał: sprawę mnicha zaczął Górecki, ale
dzisiaj rano jego żona przyniosła zwolnienie. Złapał ciężkie
zapalenie płuc. Łaził już wcześniej podziębiony, a przedwczoraj
na tym cmentarzu się doprawił. Nie przytulał się,
co prawda, do nieboszczyka, ale i tak zimno go załatwiło.
Nie będzie go prawie przez miesiąc. Gomola ma urlop
i pojechał do wujka do Zakopanego, też zresztą gliniarza
i jego sprawy przejął Graczyk. Więcej was nie mam. No to
padło na ciebie.
– Ale ja nie zaczynam się na „G” jak oni. Chyba że szef
traktuje mnie jak ostatnie gówno, no to wtedy tak.
Szef już miał coś powiedzieć, ale wyprzedziłem go:
– Niech to zostanie pana słodką tajemnicą. Niech pan
lepiej nie mówi głośno co o mnie myśli, bo albo pana znienawidzę,
albo będę za panem chodził z maślanymi oczami.
Trudno, zostanę dla pana kolejnym „G” w drużynie
komendanta Gawlika. O kurwa!, też na „G”. To pan ich
dobiera pod tym kontem? To co ja tu robię? A zna pan
genezę nazwy Gdynia?
Znowu popatrzył na mnie jak na uciekiniera z domu
wariatów.
– A co to ma do rzeczy? – zapytał.
–Też jest na „G”, jak pan i ta reszta naszego kwiatu
dedukcji kryminalnej. Nie zna pan? To niech pan posłucha:
Stary Kaszub, Gerard Dynia, dwie prześliczne córki miał,
jedną wołał Genowefą, drugą zaś Gertrudą zwał.
Żona zwała się Gizela. Synów Kaszub miał zaś trzech:
pierwszy Gwidon, drugi Gustaw, a najmłodszy zaś był Grzech.
Dzieci szybko dorastały, lecz nie chciały ruszać w świat,
więc budował obok ojca swą chałupę każdy brat.
Córki Kaszub wydał za mąż. Z każdą córką jeden zięć,
też przy ojcu pozostali. Nowych chałup było pięć.
Że tradycję zaś rodzinną każde z dzieci trzymać chce,
więc następne pokolenia imię miały też na „G”.
I tak rosły w krąg chałupy. Było sioło, potem wieś.
A to wszystko, to się działo nad Bałtyckim morzem gdzieś.
Letnią porą, gdy nad morze z Polski każdy mieszczuch gnał,
to niejeden z nich u Dyniów w jednej z wielu chałup spał.
A pytany dokąd jedzie, gest wymowny ręką czyni.
Odpowiada, że nad morze, że do wioski, że do G. Dyni.
Tak powstała nazwa Gdynia. Tylko Gerard jeden wie
skąd do głowy mu strzeliło wszystkie dzieci zwać na „G”?
– Nałęcz, czy ty masz wszystkie klepki po kolei poukładane
w tej swojej łepetynie? Wynocha.
Ręką wskazał na drzwi.
– Łączę się z panem komendantem w trosce o moje
zwoje i żegnam ozięble, żeby ich nie przegrzać.
Wyszedłem.
.png)


