top of page

Ostatni fragment w tym roku!

– Szefie, komendant pana szukał i kazał panu przekazać,

że pilnie ma pan zameldować się u niego w gabinecie

– przywitał mnie po wejściu do gabinetu głos Karniaka.

O kurwa! Zaczyna się. Nie cierpię spraw z udziałem (żywym,

czy martwym) osób znanych. Oni wszyscy myślą,

że jak są znani z tego, że są znani, to albo sprawy się same

rozwiązują, albo my mamy przerzucić wszystkie siły na ich

żądanie, zostawiając inne sprawy w głębokim poważaniu.

– Jeżeli już ciskają się ministerki, to mnie na miejscu

członek męski strzeli, używając nomenklatury komendanta.

Czy oni tam na górze, to już tak się oderwali od realności, że

im się wydaje, że u nas to zabójców znajduje się jak grzyby?

Przychodzisz na miejsce zbrodni i wychodzisz z koszykiem

morderców. Tu sromotnik, tu muchomor jadowity, tam

zasłonak rudy – koszyk zbrodniczej obfitości, tylko wybierać.

Wystarczy jeno zajrzeć pod kapelusz i już wiadomo,

który to dopuścił się niecnego czynu o jaki pyta

pan minister. Ja pierd… o przepraszam, ja i Pierre się

obibokujemy, znowu używając nomenklatury komendanta.

Poszedłem do starego.

– Nic jeszcze nie mamy. Morderca się nie podpisał,

nie zostawił swojego kału do analizy, żeby nam było, no

może nie przyjemniej, ale choć trochę łatwiej rozpocząć

tę gównianą robotę – zacząłem już skrzeczeć zanim zamknąłem

drzwi od środka.

Stary powoli odstawił filiżankę z kawą. Uciszył mnie

ruchem ręki.

– Przestań biadolić od samego wejścia. Napierdzielasz

bez sensu jak twój bardziej znany imiennik, tylko na całe

szczęście nie wciskasz co chwilę „..yyyyyy...” . A tak swoją

drogą, to twój ojciec miał poczucie humoru dając ci na

imię Tomasz. Wyobrażam go sobie nad kołyską z szyderczym

uśmiechem, jak mówi: „chciałeś być Nałęcz?

To masz!!!” Chociaż wtedy jeszcze ten Nałęcz nie był

na topie, a i teraz już nie jest, ale parcie na szkło jeszcze

ma. Wracając do prowadzonych przez ciebie tematów:

przyjąłem do wiadomości, że twoja wrodzona błyskotliwość

jeszcze śpi i nie pracuje na sto procent. Musisz

mieć więcej danych i więcej bodźców do działania, żeby

twój mózg analityczny wszedł na właściwe obroty i zaczął

rozwikływać zawiłości powierzonych ci spraw.

– Zaraz, zaraz komendancie. Mój szybki jak błyskawica

mózg, o którym raczył pan wspomnieć, wychwycił

w pana wypowiedzi, zawierającej między innymi jakże

trafną, aczkolwiek szyderczą, diagnozę genezy mojego

imienia, treści w liczbie mnogiej w haśle „tematy i sprawy”.

Z tego co wiem, to mam na tapecie jeden temat tak

priorytetowy, że wszystkie inne sprawy, za obopólną

zgodą, odsuwamy na bliżej nieokreślony czas przyszły.

Czyż nie?

– Czyż nie. Po pierwsze obopólna, jak sama nazwa

wskazuje, dotyczy obu stron dyskursu, a z tego co

pamiętam nic takiego nie mówiłem, a po drugie, żeby

nie rozwijać już po pierwsze, dbając o zaczyn dla twoich

szarych komórek, dołączyłem ci drugą sprawę. Jeżeli

jeszcze nikt cię o tym nie poinformował, to nastąpiło

to teraz.

Mina jaką zrobiłem, u normalnie reagującego, wrażliwego

osobnika, spowodowałaby natychmiastową sraczkę.

Niestety, komendant przyzwyczaił się już do mojej

umiejętności wyrażania myśli za pomocą mięśni twarzy.

– Otóż, na cmentarzu na Spokojnej – kontynuował –

ktoś dźgnął czymś pewnego mnicha w serce, ale przez

plecy. Najprawdopodobniej był to bagnet. Zakładamy

więc, że to pewnie były jakieś oprychy miejscowe, co

to puszki z mielonką, do degustacji wina, bagnetem

otwierają i chciały od księżulka na tacę, na kolejne wino.

Skąd u niego taka wyobraźnia? Puszki bagnetem otwierać.

W „Czterech pancernych” Gustlik to może i tak

puszki otwierał, ale dzisiaj?

– Ale naczelniku, – zacząłem oponować – sam pan

mówił, że profesor jest priorytetowy. To co, mam się

dzielić profesorem z jakimś mnichem? Zaniedbam ciało

pedagogiczne i będzie pan niezadowolony. A ja nie lubię

jak pan jest smutny.

Spojrzał na mnie spode łba. Szyderczy uśmiech jaki

zakwitł na jego ustach nie pozostawiał mi złudzeń. Nie

odpuści.

– Szybko ci pójdzie z tym zakonnikiem Nałęcz i przy

okazji potrenujesz zwoje, żeby były w pełni władz do

sprawy profesora. Tylko pamiętaj, że profesor ma cały

czas najwyższy priorytet, a mniszek jest tylko przystawką

przed głównym daniem.

– Pan to serca nie ma. Pana jakby tacy na cmentarzu

dźgnęli, to by im ten bagnet na wylot przeleciał i nie mieliby

czym dalej puszek otwierać. Czemu znowu ja? A Graczyk,

a Górecki, a Gomola?

Stary otworzył swój kajecik. Przewrócił kilka kartek wstecz.

– Żebyś nie brzęczał: sprawę mnicha zaczął Górecki, ale

dzisiaj rano jego żona przyniosła zwolnienie. Złapał ciężkie

zapalenie płuc. Łaził już wcześniej podziębiony, a przedwczoraj

na tym cmentarzu się doprawił. Nie przytulał się,

co prawda, do nieboszczyka, ale i tak zimno go załatwiło.

Nie będzie go prawie przez miesiąc. Gomola ma urlop

i pojechał do wujka do Zakopanego, też zresztą gliniarza

i jego sprawy przejął Graczyk. Więcej was nie mam. No to

padło na ciebie.

– Ale ja nie zaczynam się na „G” jak oni. Chyba że szef

traktuje mnie jak ostatnie gówno, no to wtedy tak.

Szef już miał coś powiedzieć, ale wyprzedziłem go:

– Niech to zostanie pana słodką tajemnicą. Niech pan

lepiej nie mówi głośno co o mnie myśli, bo albo pana znienawidzę,

albo będę za panem chodził z maślanymi oczami.

Trudno, zostanę dla pana kolejnym „G” w drużynie

komendanta Gawlika. O kurwa!, też na „G”. To pan ich

dobiera pod tym kontem? To co ja tu robię? A zna pan

genezę nazwy Gdynia?

Znowu popatrzył na mnie jak na uciekiniera z domu

wariatów.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał.

–Też jest na „G”, jak pan i ta reszta naszego kwiatu

dedukcji kryminalnej. Nie zna pan? To niech pan posłucha:

Stary Kaszub, Gerard Dynia, dwie prześliczne córki miał,

jedną wołał Genowefą, drugą zaś Gertrudą zwał.

Żona zwała się Gizela. Synów Kaszub miał zaś trzech:

pierwszy Gwidon, drugi Gustaw, a najmłodszy zaś był Grzech.

Dzieci szybko dorastały, lecz nie chciały ruszać w świat,

więc budował obok ojca swą chałupę każdy brat.

Córki Kaszub wydał za mąż. Z każdą córką jeden zięć,

też przy ojcu pozostali. Nowych chałup było pięć.

Że tradycję zaś rodzinną każde z dzieci trzymać chce,

więc następne pokolenia imię miały też na „G”.

I tak rosły w krąg chałupy. Było sioło, potem wieś.

A to wszystko, to się działo nad Bałtyckim morzem gdzieś.

Letnią porą, gdy nad morze z Polski każdy mieszczuch gnał,

to niejeden z nich u Dyniów w jednej z wielu chałup spał.

A pytany dokąd jedzie, gest wymowny ręką czyni.

Odpowiada, że nad morze, że do wioski, że do G. Dyni.

Tak powstała nazwa Gdynia. Tylko Gerard jeden wie

skąd do głowy mu strzeliło wszystkie dzieci zwać na „G”?

– Nałęcz, czy ty masz wszystkie klepki po kolei poukładane

w tej swojej łepetynie? Wynocha.

Ręką wskazał na drzwi.

– Łączę się z panem komendantem w trosce o moje

zwoje i żegnam ozięble, żeby ich nie przegrzać.

Wyszedłem.

bottom of page