top of page


11 listopada 2018
Wyciągnąłem rodzinę na marsz niepodległości. Wziąłem ich ze sobą, żeby mi przypadkiem do łba nie strzeliło wkręcić się, zgodnie z wyobraźnią Karniaka, pomiędzy tęczowych. Jak na spolaryzowane społeczeństwo, to ludziska całkiem dobrze się bawili. Reprezentanci najróżnorodniejszych grup od prawa do lewa i z powrotem, od Sasa do Lasa, od Annasza do Kajfasza i jeszcze hopsasa, z rozradowanymi gębami czcili święto odzyskania niepodległości przez Najjaśniejszą i ani myśleli o brani
25 mar3 minut(y) czytania


10 listopada 2018
Wylądowaliśmy w „Śledziku”. Zamówiliśmy do stolika pół litra czystej, takiej zimniuuutkiej, wodę z cytryną i na zagrychę tatara. Mój ośrodek przechowywania pamięci w podstarzałym płacie potylicznym wzdrygał się, co prawda, na wspomnienie tatarów z dawnych lat, takich ze śmierdzącym jajem (fujjj!), ale w „Śledziku” jakość podawanego surowego, mielonego mięsa wołowego, z ogóreczkiem kiszonym, z cebulką i z surowym jajeczkiem, jest po prostu świetna. I zawsze go zamawiam pod wód
18 mar7 minut(y) czytania


Ostatni fragment w tym roku!
Stary Kaszub, Gerard Dynia, dwie prześliczne córki miał, jedną wołał Genowefą, drugą zaś Gertrudą zwał. Żona zwała się Gizela. Synów Kaszub miał zaś trzech: pierwszy Gwidon, drugi Gustaw, a najmłodszy zaś był Grzech. Dzieci szybko dorastały, lecz nie chciały ruszać w świat, więc budował obok ojca swą chałupę każdy brat. Córki Kaszub wydał za mąż. Z każdą córką jeden zięć, też przy ojcu pozostali. Nowych chałup było pięć. Że tradycję zaś rodzinną każde z dzieci trzymać chce, w
31 gru 20255 minut(y) czytania
bottom of page
.png)