Kolejny fragment "Wiadra boleści"
- Zbigniew
- 11 godzin temu
- 3 minut(y) czytania
Helena stała w zadumie nad mogiłą córki. Przychodziła
na jej grób prawie codziennie. Żal po stracie ukochanego
dziecka tak bardzo wypełniał jej życie i dom, że nie
mogła usiedzieć spokojnie w czterech kątach, nie myśląc
o Grażynce. To niesprawiedliwe, że rodzice przeżywają swoje
dzieci. Tak nie powinno być. Miała kłopoty z zajściem
w ciążę. Dopiero po kilku latach, kiedy już z Henrykiem
stracili całkowicie nadzieję, nagle okazało się, że stał się
cud. Grażynka urodziła się taka malutka. Leżała w inkubatorze,
a rodzice stali nad szklaną kopułą i płakali ze szczęścia
i z troski. Drżeli o każdy dzień, ale wierzyli, że dostali
wreszcie dar od Boga i że będą się nim cieszyć do końca
swoich dni. Los jednak bywa okrutny. Henryk zmarł na
zawał dwa lata po urodzeniu Grażynki. Poszedł rano do
pracy i już nie wrócił. Świat Heleny się prawie zawalił, ale
miała dla kogo żyć dalej. Wychowała córkę na porządnego
człowieka, wykształciła. Grażynka z wyróżnieniem skończyła
studia i dostała dobrą pracę. Nie było im łatwo przez
te wszystkie lata, ale dały radę. Wreszcie zaczęło się jakoś
układać. Grażynka poznała chłopaka, promieniała, planowali
ślub. Wieczór, kiedy córka nie wracała do domu mimo
późnej pory, Helena zapamięta do końca życia. Chodziła
od okna do okna i wyglądała czy nie zobaczy Grażynki
wracającej z wizyty u Marcina. Nie chciała do niej dzwonić,
żeby nie okazać jak bardzo się o nią boi i nie wywołać
u dziewczyny poczucia winy. Chciała, aby Grażynka ułożyła
sobie życie bez oglądania się na matkę, po swojemu,
na własnych zasadach. Żeby była w pełni szczęśliwa. Ona
sobie poradzi, nie będzie obarczała dziecka swoją starością.
Ale dopóki córka mieszkała razem z nią, okropnie się o nią
bała. Wspomnienie o Henryku, kiedy nie wrócił do domu,
było silniejsze niż racjonalne myślenie. Dźwięk domofonu
oderwał ją od okna. Leciała jak na skrzydłach otworzyć
drzwi córeczce. Lecz kiedy usłyszała przedstawiającego się
policjanta wiedziała, że stało się najgorsze. Jej mózg i jej
dusza nie musiały oszukiwać się, że to tylko jakiś wypadek,
że Grażynka z tego wyjdzie i dalej będzie mogła czule pieścić
jej główkę, przed snem, tak jak robiła to gdy córeczka
była mała i jak czasami robiła to jeszcze teraz. Jej serce
pękło. Informacja od policji była jednoznaczna – Grażynka
nie żyje. Znaleźli ją przechodnie w tunelu podziemnym
pod ulicą. Kolejne informacje rozszarpywały serce Heleny
na strzępy. Grażynka została brutalnie pobita i zgwałcona.
Miała połamane ręce i szczękę. Podczas rozpoznania zwłok
matka nie mogła dobrze rozpoznać twarzy córki. O tym,
że to Grażynka, świadczyło charakterystyczne znamię na
ramieniu i ubranie – sweter, który Helena sama wydziergała
dla ukochanej córeczki. Drugiego takiego nie było. Pogrzeb
był skromny, kilku znajomych Grażynki, Marcin z rodzicami,
trochę sąsiadów. Przez jakiś czas chłopak Grażynki
odwiedzał ją jeszcze, ale powiedziała mu, żeby ułożył
sobie życie i nie skazywał się na wspomnienia. Po jakimś
czasie przestał przychodzić. I została sama. Lepiej czuła
się na cmentarzu niż we własnym pustym domu. Tam
zapalała znicze, układała wiązanki kwiatów. Rozmawiała
z córką i z mężem. W domu nie mogła usiedzieć w jednym
miejscu, nie mogła oglądać telewizji, czytać książek,
nie mogła nic robić. Wszystko przypominało jej wspólnie
spędzone życie, a tego nie mogła znieść. Proces gwałcicieli
był straszny. Helena nie dawała rady. Była na środkach
uspokajających i niewiele z niego pamięta. Wyroki dla
dwóch zwyrodnialców, 16 i 20 lat więzienia, nie skleiły
serca matki. Nie miała już dla kogo żyć. Pozostały jej tylko
wspomnienia. Złe wspomnienia. Wróciły nawet te wyparte
ze świadomości dawno, dawno temu zanim poznała
Henryka, zanim stała się dorosła. Te do których nigdy,
przenigdy nie chciała wracać. Wróciły ze zdwojoną siłą
po śmierci Grażynki, nasiliły się jeszcze bardziej w trakcie
procesu, wypełniały coraz częściej samotne dni Heleny.
Próbowała, w którymś momencie coś zmienić, coś robić,
żeby oderwać się od tego wiecznego rozrywającego duszę
bólu. Zapisała się na warsztaty malarskie, wróciła do
ulubionego zajęcia, które pomagało jej przetrwać ciężkie
chwile życia w domu dziecka. Zaczęła malować obrazy,
ale sceny jakie wychodziły spod jej pędzla miały w sobie
coś depresyjnego. Martwa natura była przerażająco
martwa, sielskie widoki przesycone były szarością i utratą
nadziei, portrety nie pokazywały ludzi uśmiechniętych,
tylko przygnębionych, dotkniętych melancholią. Po namalowaniu
każdego dzieła ich widok rozrywał jeszcze
bardziej serce. Dlatego przestała chodzić na zajęcia. Ale
namalowanych obrazów nie wyrzuciła. Wieszała je na
ścianach mieszkania. To jednak był prawdziwy obraz jej
emocji. Wróciła do chodzenia na cmentarz. To było lepsze
ukojenie. W którymś momencie myśli o przyczynach
i celu udręki tak ją owładnęły, że podjęła decyzję. Dzisiaj
jej nie żałuje.
.png)


