top of page

Kolejny fragment "Wiadra boleści"

Helena stała w zadumie nad mogiłą córki. Przychodziła

na jej grób prawie codziennie. Żal po stracie ukochanego

dziecka tak bardzo wypełniał jej życie i dom, że nie

mogła usiedzieć spokojnie w czterech kątach, nie myśląc

o Grażynce. To niesprawiedliwe, że rodzice przeżywają swoje

dzieci. Tak nie powinno być. Miała kłopoty z zajściem

w ciążę. Dopiero po kilku latach, kiedy już z Henrykiem

stracili całkowicie nadzieję, nagle okazało się, że stał się

cud. Grażynka urodziła się taka malutka. Leżała w inkubatorze,

a rodzice stali nad szklaną kopułą i płakali ze szczęścia

i z troski. Drżeli o każdy dzień, ale wierzyli, że dostali

wreszcie dar od Boga i że będą się nim cieszyć do końca

swoich dni. Los jednak bywa okrutny. Henryk zmarł na

zawał dwa lata po urodzeniu Grażynki. Poszedł rano do

pracy i już nie wrócił. Świat Heleny się prawie zawalił, ale

miała dla kogo żyć dalej. Wychowała córkę na porządnego

człowieka, wykształciła. Grażynka z wyróżnieniem skończyła

studia i dostała dobrą pracę. Nie było im łatwo przez

te wszystkie lata, ale dały radę. Wreszcie zaczęło się jakoś

układać. Grażynka poznała chłopaka, promieniała, planowali

ślub. Wieczór, kiedy córka nie wracała do domu mimo

późnej pory, Helena zapamięta do końca życia. Chodziła

od okna do okna i wyglądała czy nie zobaczy Grażynki

wracającej z wizyty u Marcina. Nie chciała do niej dzwonić,

żeby nie okazać jak bardzo się o nią boi i nie wywołać

u dziewczyny poczucia winy. Chciała, aby Grażynka ułożyła

sobie życie bez oglądania się na matkę, po swojemu,

na własnych zasadach. Żeby była w pełni szczęśliwa. Ona

sobie poradzi, nie będzie obarczała dziecka swoją starością.

Ale dopóki córka mieszkała razem z nią, okropnie się o nią

bała. Wspomnienie o Henryku, kiedy nie wrócił do domu,

było silniejsze niż racjonalne myślenie. Dźwięk domofonu

oderwał ją od okna. Leciała jak na skrzydłach otworzyć

drzwi córeczce. Lecz kiedy usłyszała przedstawiającego się

policjanta wiedziała, że stało się najgorsze. Jej mózg i jej

dusza nie musiały oszukiwać się, że to tylko jakiś wypadek,

że Grażynka z tego wyjdzie i dalej będzie mogła czule pieścić

jej główkę, przed snem, tak jak robiła to gdy córeczka

była mała i jak czasami robiła to jeszcze teraz. Jej serce

pękło. Informacja od policji była jednoznaczna – Grażynka

nie żyje. Znaleźli ją przechodnie w tunelu podziemnym

pod ulicą. Kolejne informacje rozszarpywały serce Heleny

na strzępy. Grażynka została brutalnie pobita i zgwałcona.

Miała połamane ręce i szczękę. Podczas rozpoznania zwłok

matka nie mogła dobrze rozpoznać twarzy córki. O tym,

że to Grażynka, świadczyło charakterystyczne znamię na

ramieniu i ubranie – sweter, który Helena sama wydziergała

dla ukochanej córeczki. Drugiego takiego nie było. Pogrzeb

był skromny, kilku znajomych Grażynki, Marcin z rodzicami,

trochę sąsiadów. Przez jakiś czas chłopak Grażynki

odwiedzał ją jeszcze, ale powiedziała mu, żeby ułożył

sobie życie i nie skazywał się na wspomnienia. Po jakimś

czasie przestał przychodzić. I została sama. Lepiej czuła

się na cmentarzu niż we własnym pustym domu. Tam

zapalała znicze, układała wiązanki kwiatów. Rozmawiała

z córką i z mężem. W domu nie mogła usiedzieć w jednym

miejscu, nie mogła oglądać telewizji, czytać książek,

nie mogła nic robić. Wszystko przypominało jej wspólnie

spędzone życie, a tego nie mogła znieść. Proces gwałcicieli

był straszny. Helena nie dawała rady. Była na środkach

uspokajających i niewiele z niego pamięta. Wyroki dla

dwóch zwyrodnialców, 16 i 20 lat więzienia, nie skleiły

serca matki. Nie miała już dla kogo żyć. Pozostały jej tylko

wspomnienia. Złe wspomnienia. Wróciły nawet te wyparte

ze świadomości dawno, dawno temu zanim poznała

Henryka, zanim stała się dorosła. Te do których nigdy,

przenigdy nie chciała wracać. Wróciły ze zdwojoną siłą

po śmierci Grażynki, nasiliły się jeszcze bardziej w trakcie

procesu, wypełniały coraz częściej samotne dni Heleny.

Próbowała, w którymś momencie coś zmienić, coś robić,

żeby oderwać się od tego wiecznego rozrywającego duszę

bólu. Zapisała się na warsztaty malarskie, wróciła do

ulubionego zajęcia, które pomagało jej przetrwać ciężkie

chwile życia w domu dziecka. Zaczęła malować obrazy,

ale sceny jakie wychodziły spod jej pędzla miały w sobie

coś depresyjnego. Martwa natura była przerażająco

martwa, sielskie widoki przesycone były szarością i utratą

nadziei, portrety nie pokazywały ludzi uśmiechniętych,

tylko przygnębionych, dotkniętych melancholią. Po namalowaniu

każdego dzieła ich widok rozrywał jeszcze

bardziej serce. Dlatego przestała chodzić na zajęcia. Ale

namalowanych obrazów nie wyrzuciła. Wieszała je na

ścianach mieszkania. To jednak był prawdziwy obraz jej

emocji. Wróciła do chodzenia na cmentarz. To było lepsze

ukojenie. W którymś momencie myśli o przyczynach

i celu udręki tak ją owładnęły, że podjęła decyzję. Dzisiaj

jej nie żałuje.

bottom of page