„Śmierć po latach dopada zakonnika nad grobem rodziców. Nie oszukasz przeznaczenia.”
- 28 sty
- 7 minut(y) czytania
W samochodzie naszedł mnie nastrój refleksyjny nad społeczeństwem
naszym ukochanym. Wczoraj wieczorem,
wyprowadzając psa, zauważyłem na trawniku przed jedną
wspólnotą mieszkaniową tabliczkę o treści: „Twój pies,
Twoja kupa.” I doznałem wreszcie satysfakcji, że jednak ktoś
dba o morale naszego społeczeństwa, o odruch empatii i myślenia
o drugim człowieku. Taka tabliczka zmusza tych co
nie zbierają odchodów pupilka do zadumy nad tym, że nie
można myśleć tylko o sobie, ale trzeba też pamiętać o drugim
człowieku. Jako właściciel czworonoga, poczułem więź
z tymi co nie mają piesków. Chcę być z wami, – pomyślałem
– a wy ze mną. Już dłużej nie będę egoistą. Postanowiłem,
że wymienię im tę tabliczkę na „Mój pies, Jego kupa, Wasz
problem”. Niech też coś mają z tego, że ja mam psa. A tak całkiem
serio, to zastanawia mnie cały czas ten brak krzyżyka.
Czy społeczeństwo już tak zidiociało, że zaczyna wykańczać
księży i zakonników? Jest ostatnio na topie opluwanie kleru,
przypisywanie księżom odpowiedzialności za pedofilię,
wyciąganie im opójstwa, chciwości, hipokryzji i tym podobnych
cech ludzkich, które z definicji kapłanom nie przysługują,
ale czy to już zaczęło się polowanie? Nagonka, co
prawda, już dawno ruszyła, ale jeszcze nie słyszałem dźwięku
rogu wzywającego do odstrzału. Dziki, to i owszem są na
celowniku, ale człowieki w habitach chyba jeszcze nie?
Wchodząc przez cmentarną bramę usłyszałem za plecami
znajomy, zachrypnięty głos:
– Witam pana komisarza.
Odwróciłem się.
– Witam pana redaktora.
Zatrzymałem się i przywitałem z Jackiem Durskim,
dziennikarzem z lokalnego wydania ogólnopolskiego
dziennika. Zajmował się tam, między innymi, kroniką kryminalną
i nasze drogi często się przecinały. Ja szukałem
zbrodniarzy, on sensacji.
– Oj widzę, że kolega redaktor miał wczoraj rozterki
natury egzystencjalnej. Pić albo nie pić? Oto jest pytanie. ..
I jak widać i czuć – przechyliłem się do niego i wciągnąłem
powietrze nosem – wygrała ta pierwsza opcja.
– No trochę popłynąłem z takim jednym urzędasem.
Zaczęło się niewinnie od rozgrzewania, bo zimno, a skończyło
na brataniu się i zapewnianiu, że urzędnik i dziennikarz
muszą zawsze trzymać sztamę, szlamę czy szramę,
bo już język był na tyle giętki, że się zawijał w trąbkę i nie
można było dokładnie zrozumieć jakież to dźwięki wydobywają
się z ust adwersarza.
– A propopopo popłynięcia, to znałem kiedyś takiego
jednego marynarza, co wlewał w siebie hektolitry
rumu. Jego żywot można skwitować fraszką (nie flaszką):
„Życiorys miał bardzo krótki. Zalało go morze… wódki.”.
Uważaj zatem Jacusiu na swój wątrób. Jak już musisz łoić,
to czystą i popijaj wodą z cytryną. Na drugi dzień człowiek
wygląda, a nie jak ty, przypomina własne zwłoki po kilku
dniach w mogile.
– Karniak, co pijemy jutro po robocie? – krzyknąłem
do Krzysia.
– Czystą, panie komisarzu, czystą.
– Wiesz Tomciu – wszedł nam w słowo Durski – urzędasy
dostają pod stołem whiski i koniaki, to mordy mają
przyzwyczajone do rudej. On stawiał.
– Widzisz redaktorku, u nas w psiarni każdy wie jak
i co chlać. Dam ci w prezencie taką jedną przypowieść:
„Trochę kultury!” ryknął Zdzich do Staszka,
gdy ten wszedł i zapytał: „Kurwa! Gdzie jest flaszka?”.
Zdzichu, chociaż charakter miał trochę burzliwy,
jednakże w głębi duszy był bardzo wrażliwy.
Zatem i wulgaryzmu Staszka nie wytrzymał.
Powstał zdenerwowany, mocno się nadymał,
przełknął już nadgryziony kawałeczek śledzia,
chuchnął w twarz Stanisława i głośno powiedział:
„Wbij sobie, ty ciemięgo prostacka do głowy,
że pyta sie o napój, ćwoku, wyskokowy,
a nie, głąbie niemyty, o zwyczajną flachę.
Zapamiętaj! Bo jak nie – to dostaniesz w czachę.
Oj, ludzie! Co za naród! Po prostu bez bicia,
nie nauczysz ty chamstwa tej kultury picia.”
To rzekłszy walnął Staszka pięścią prosta w ryja.
Wtedy się zastanowił: „Ale będzie chryja!”.
Staszek z lekka się zachwiał, z bólu cicho syknął,
wkurzył się, no i z kopa Zdzichowi pierdyknął.
I pewnie by się tak tłukli, aż do krwi rozlewu,
gdyby Zdzich nie powściągnął wnet swojego gniewu.
„Sorry stary... – rzekł mile – ...ale wprost mnie wpienia,
kiedy po zwykłej wódzie tak się człowiek zmienia.
Słuchać także nie mogę gdy się mowę brudzi.
A wiadomo – alkohol przecież jest dla ludzi.
Proponuję ci zatem, Staszku mój kochany,
byś tu dzisiaj spróbował spożyć dla odmiany
trochę czegoś innego i w pierwszym gatunku
i byś się delektował smakiem tego trunku.”
Tu podał kompanowi kieliszek burbona.
Stachu wypił, zzieleniał, zwalił się i... skonał.
Morał z tej opowieści będzie bardzo krótki:
lepiej zmienić znajomych, a nie zmieniać wódki.
– Skąd ty bierzesz te swoje przypowieści? Lepiej skocz ze
mną do „Kliniki” na klina.
– Nie mogę. W tygodniu nie piję, nie lubię bez zagrychy,
a po wizycie u zimnego chirurga, to w ogóle mam głupie skojarzenia:
zimne nóżki – jak sama nazwa wskazuje; wątróbka
i inne podroby – od razu widzę bebechy nieboszczyka; ogórek
czy śledź – jakbym żarł formalinę. Nie dam rady. Wyrobiłem
w sobie taki odruch, że w weekend odrywam się i zapominam
o robocie i o tych okropieństwach. Ale w tygodniu – brrrr.
Chyba nie przekonałem redaktora, ale odpuścił.
– No cóż, sam się zamelduję w „Klinice”.
Tak swoją drogą, ten co wymyślił dla swojej knajpy nazwę
„Klinka drugiego dnia” miał łeb. Ciągną tam wszystkie
wczorajsze obolałe głowy. Można tam wypić sok z ogórków,
kapusty, buraków kiszonych, zażyć wszelkie dostępne na rynku
bez recepty medykamenty na kaca oraz inne mikstury,
których skład właściciel strzeże, niczym receptury coca coli,
no i oczywiście walnąć klina ,czy to piwkiem, czy gołdą. Co
poniektórzy, to w zasadzie wychodzą na wieczór przespać
się w domu i rano wracają na oddział do swojego stolika.
Właściciel dba tylko, żeby się o miejscówki nie awanturowali,
jak przypadkowy klient zajmie krzesło stałego pacjenta.
I tak mile gawędząc dotarliśmy do miejsca zejścia braciszka
zakonnego.
– I jak tam śledztwo? – podjął temat Durski.
A to po to pan pismak się pojawił. Ciekawe kto mu nadał,
że jedziemy na cmentarz i zajmujemy się sprawą? Są dwie
możliwości: albo stary, albo Górecki.
– A jaką chcesz wersję? Oficjalną dla prasy, czy też dla
twojej wiadomości po starej znajomości?
– I taką, i taką. Muszę coś naskrobać na łamach, żeby
mieć za co leczyć kaca i może ci trochę pomogę uruchamiając
moje dojścia.
– Oficjalnie, to sam wiesz co napisać. Policja prowadzi
szeroko zakrojone działania operacyjne, zmierzające do
wykrycia sprawcy lub sprawców tego brutalnego mordu.
Ubierzesz to w trochę przymiotników. Gdzie się stało to
widzisz, kto zagrał główną rolę też wiesz. Autor i reżyser,
być może w jednej osobie, niestety na tę chwilę nie ujawnił
swoich danych personalnych. Dopóki nie będzie miał pewności,
że za swoje dzieło dostanie Oscara, ani chybi będzie
się ukrywał. Nie wiemy też nic o jego innej twórczości artystycznej.
Czy miał już jakieś dramatyczne doświadczenie,
czy jest to jego pierwsza sztuka? Tego też nie wiemy. Napisz
też, że wspaniały detektyw wraz ze swoim nieodłącznym
asystentem ruszyli na poszukiwania autora i reżysera, chcą
ich zatrzymać i wręczyć postanowienie o przyznaniu głównej
nagrody. Ze względu na dobro śledztwa nie możemy
państwu udzielać żadnych szczegółowych informacji na
temat toczącego się postępowania. Ble, ble, ble.
– Kumam.
– A tak między nami i tylko dlatego, że niejedną wódkę
razem piliśmy, to jesteśmy w czarnej dupie. Czekamy na
odnalezienie klasztoru, z którego przybył braciszek na nasz
lokalny cmentarzyk, na którym dokonał żywota z pomocą
ludzką tym razem, a nie bożą.
Oczy Jacusia zaiskrzyły.
– No to ja mogę ci pomóc – odezwał się.
– Masz coś?
– Nie za darmo. Idziesz ze mną do „Kliniki”. Przecież nie
mogę pić sam ze sobą. Co, mam lewą ręką podnosić jeden,
a prawą drugi kielonek, stukać się i wlewać w jedno gardło?
W taki sposób zostanę alkoholikiem w ekspresowym tempie.
– Jacuś, nie mogę. Będę rzygał dalej niż widział. Nawet jak
nie ma zagrychy, to w tygodniu widzę ludzkie podroby i nie
daję rady. Trafisz na bratnią duszę w „Klinice”. W końcu z racji
zawodu jesteś kontaktowy. A może znajdziesz przy okazji
jakiś interesujący temat do opisania na łamach? Zresztą jak
wychodzisz z psem, to i tak go zostawiasz na zewnątrz i sam
włazisz do środka do sklepu, czy knajpy. I niech tak zostanie.
– Dobra, niech ci będzie. Słuchaj: brat zakonny zszedł
był przy grobie Kaliszuków. Mój informator, taki stary były
ważny funkcjonariusz partyjny mówi, że Kaliszuk dawno,
dawno temu, był przewodniczącym partii w porcie. Ponoć
kiedyś jego synek z kumplami gdzieś, coś nawywijali i stary
Kaliszuk zatuszował całą sprawę, że nawet w papierach nic
nie zostało. I po jakimś czasie synalek Kaliszuków zniknął.
Stary każdemu, kto się o niego pytał, opowiadał inną historię
i w końcu ludzie przestali się tym interesować. Potem
zwinął się z portu do budowlanki, dostał fuchę w jakimś
przedsiębiorstwie budowlanym, takim wiesz, z tych dużych,
państwowych. Zginęli z żoną razem w wypadku samochodowym.
Jakiś pijany kierowca ciężarówki wjechał w ich
„poloneza” w niedzielę rano. Jechali na grzyby, czy jakoś
tak. Wyjeżdżali na Czerwonych Kosynierów z Mławskiej,
z domu. Rano, pusta droga i nagle wyskoczyła im ciężarówka
z taką prędkością, że od uderzenia Kaliszukom karki
poskręcało na amen. Kierowca wyskoczył z szoferki i uciekł
z miejsca wypadku w stronę ulicy Chylońskiej, ale zdaniem
świadka, zataczał się jakby był nawalony. Konkludując, ten
mnich, to może być ten zaginiony syn. Jak byłem wczoraj,
to stróż mi mówił, że mnich bywał tu co roku, tego samego
dnia, na dłuższej modlitwie. Kaliszuki zginęli we wrześniu,
a braciszek przyjeżdżał w listopadzie. Żaden ze starych nie
urodził się w listopadzie, więc to inna data ściągała tu braciszka.
Musicie poszukać w przeszłości starych. Rozpytać
najstarszych portowców, co to Gomułkę pamiętają. Może na
coś traficie? A może to zwykły napad? Ktoś zobaczył z daleka
postać w sukience, pomyślał, że łatwy łup, bo cóż to skroić
staruszkę zamyśloną nad grobem, podkradł się i natknął
na faceta w habicie. Spanikował i dźgnął. Nie chcesz się ze
mną napić, to nie, ale pamiętaj jestem pierwszy w kolejce
jak coś znajdziecie.
– Ok. Dzięki.
Durski za dużo nie powiedział, ale mieliśmy jakiś punkt
zaczepienia. W połączeniu z tą jego opowieścią o zaginionym
synu, którym mógł być nasz mnich, dawało to jakiś
mętny obraz motywu – porachunki za śmierć rodziców.
Może braciszek spotkał się z tym kierowcą i powiedział
o jedno słowo za dużo i zamiast przeprosin wyszło zabójstwo?
No i zgadzało nam się nazwisko na legitymacji zakonnej
z nazwiskiem na nagrobku.
– A nie wiesz przypadkiem – zapytałem jeszcze Durskiego
– czy ten kierowca ciężarówki odsiedział swoje?
– Ja nawet nie wiem czy go posadzili. Ale dobrze kombinujesz.
Ja też tak obstawiam, że to on mógł zaciukać kapucyna.
Spotkał się z nim na grobie jego starych i zlikwidował.
Nie mam tylko koncepcji dlaczego? Ale już widzę ten artykuł
„ Śmierć po latach dopada zakonnika nad grobem rodziców.
Nie oszukasz przeznaczenia.”
.png)
