top of page

9 listopada 2018

  • 11 lut
  • 5 minut(y) czytania

Na wydziale wiadomość o śmierci profesora wywołała przygnębienie.

Zazwyczaj wszyscy lubili tutaj staruszka. Dzielił

swój pokój z panią docent od ortografii oraz ze swoim asystentem.

Wśród licznych słowników, leksykonów, ksiąg

o języku i tego typu innych wydawnictw, nie było pozycji

przypominającej okładką tych z regału w domu przy ulicy

Urszulanek. Przyjęliśmy założenie, że brakujący wolumin

pochodzi z serii wydawniczej i wyglądem okładki przypomina

pozostałe. Tak też twierdziła pani Maria. Pani docent

Barska wytypowała nam rzeczy, w tym księgi, należące do

profesora Racławskiego. Zabezpieczyliśmy je i zabraliśmy

do wnikliwego przejrzenia na komendę. Wzięliśmy

też komputer pana Anastazego. Ze wstępnych rozmów

wynikało, że profesor Racławski był człowiekiem skrytym

i nie opowiadał w uniwersyteckich murach o swoim życiu

osobistym za dużo. Niemniej, zarówno pozostałą kadrę,

jak i studentów traktował z szacunkiem i czasami pozwalał

sobie na bardziej zażyłe dysputy, dotyczące jednakowoż

zazwyczaj sfery językowej lub życiowej, ale tylko adwersarza,

nie pana profesora. Nie mówił dużo, ale stawiał trafne

diagnozy. Jego asystent, a wcześniej doktorant, dr Szczuj

wychwalał empatię i zdolność profesora do wczuwania się

w problemy innych, ale tylko wtedy, gdy zainteresowany

sam poprosił o rozmowę. Poza tym był świetnym wykładowcą,

fachowcem w swoje dziedzinie i dobrym opiekunem

młodzieży. Studenci go lubili, bo dawał im zawsze klika

szans na zaliczenie i zazwyczaj nie przepuszczał tylko największych

olewusów, którzy sami nie wykazywali żadnej

chęci do współpracy. Na uczelni twierdzono też, że profesor

nawet mocno nie zmienił się po śmierci żony. Trochę posmutniał,

ale z czasem powrócił do dawnej formy.

Podobne recenzje profesorowi wystawili na uniwersytecie

trzeciego wieku. Słuchaczki profesora usłyszawszy o jego

zejściu popłakały się jak bobry, odmówiły kilka zdrowasiek

i nie mogły powstrzymać się od pochwał ku jego czci. Ze

dwie, albo nawet trzy panie niczym podlotki podkochiwały

się we wdowcu, marząc o wspólnej kawie przy upieczonym

własnoręcznie cieście i elokwentnych dysputach do białego

rana. Ot, w starym piecu diabeł pali. Niestety, profesor

konsekwentnie odmawiał indywidualnych zaproszeń, ale

zawsze miło i sympatycznie przedstawiał zawiłości języka

polskiego i namawiał do podtrzymywania w narodzie sztuki

epistolografii.

Wyłaniał nam się obraz człowieka złotego, który muchy

by nie skrzywdził, a przez to nie posiadał żadnych wrogów

osobistych, czy też instytucjonalnych. Ideał przygwożdżony

do własnego biurka własną figurką. Może zlecił komuś

swoje zabójstwo, żeby odejść w glorii chwały?

Musimy odnaleźć ten zaginiony słownik. Tylko to jest

naszym punktem zaczepienia. Poza tym nie mamy kompletnie

nic. Odciski na figurce należały do profesora i pani

Marii. Były oczywiście trochę roztarte, bo pani Maria skrupulatnie

wycierała z kurzu również tę pastereczkę z wiadrem

na cokole.

Po powrocie na komisariat poprosiłem Karniaka o relację

z rozmów z pracownikami wydziału i studentami.

– Coś ci się rzuciło, przykuło szczególną uwagę? Bo

u mnie kicha.

– W zasadzie nic.

– W zasadzie? Czyli jednak coś masz?

– No wie pan, szefie, ogólnie wydział samych miłych

ludzi. Profesory, docenty, doktory i inne habilitaty, wszyscy

jakby wyciągnięci z dawnych lat, w których królował

barwny język ojczysty. Dobrze, że komendant uprzedził

nas o tym, to się pilnowałem, żeby jakiejś gafy nie strzelić.

Opowiadali, że profesor to człek zacny, bezkonfliktowy

i uczynny, że nigdy z nikim żadnych sporów, waśni i utarczek

nie prowadził. Jak dla mnie, szefie, to za słodko. Może

nie chcą źle mówić o nieboszczyku, ale jak to wśród ludzi,

jakieś konflikty musiały być. Jak ktoś z kimś w jednym

gabinecie tyle czasu spędza to zawsze się choć trochę poprztyka,

a to o nieumyty kubeczek, a to o zajumany spinacz,

czy tym podobne duperele. Jesteśmy tylko ludźmi, do tego

Polakami. „We, the People” we krwi mamy zawiść i obrabianie

dupy. Ja pierdolę! Gadam już jak pan. Muszę mniej

czasu z panem przebywać, bo przesiąknę tą pana wieczną

ironią – mówił Karniak. – Pociągnąłem wobec tego za jęzor

sekretarkę i studentów. Głównie tych od profesora, co

to piszą u niego prace dyplomowe Dużo ich nie ma, taki

mamy klimat. Na językach obcych miejsc nie ma, a na ojczystym

puchy. Za to jest kilku obcych. Dwie Murzyneczki,

znaczy Afroeuropejki, jeden Niemiec, jeden Norweg i kilku

naszych. Zagraniczniaki to też same dobre rzeczy mówili.

Ale nasi, jak to nasi, każdemu jakąś szpilę muszą włożyć.

Ogólnie kadra profesorska jest spoko. Nasz nieboszczyk

faktycznie był lubiany. Taki trochę starej daty, ale wporzo.

Dokładnie rozkładał każdą pracę zaliczeniową na zajęciach

i każdy kawałek pracy licencjackiej, czy magisterskiej. Ale

się nie czepiał, tyko analizował, podpowiadał, mówił skąd

brać przykłady, jak je wykorzystać, itp. Czasami, podczas

konsultacji, zżymał się na swojego asystenta, bo ten potrafił

zgubić prace studentów. Kiedyś nawet naskarżył na

niego do dziekana, jak wcięło prawie pół pracy licencjackiej

któregoś studenta. Ale jakoś to zostało załatwione.

Dotarłem do tego studenta. Powiedział, że dogadał się ze

Szczujem i profesorem i nie ma tematu. Trochę bardziej

upierdliwy jest doktor Szczuj. Każe dużo pisać różnych

prac, potem często je gubi, a jak jednak nie zgubi, to się

czepia. Kryteria w ocenach zna chyba tylko on i to co profesor

Racławski oceniłby dobrze, Szczuj zazwyczaj krytykuje.

Docent Barska za to, przez studentów oceniana jest tak

pośrodku między Anastazym, a Szczujem. W gabinecie raz

trzyma sztamę z profesorem, raz z doktorem. Pani Jadzia

z sekretariatu mówi, że o tego Szczuja to profesor pożarł

się z dziekanem, bo to właśnie dziekan, magistra jeszcze

wtedy Szczuja, ściągnął na wydział z Krakowa i po doktoracie

wcisnął go Racławskiemu na asystenta. I to dziekan

bronił go po tej aferze ze zgubieniem pracy studenta. Ale

Racławski z dziekanem znali się jak łyse konie, więc szybko

się dogadali. Inni wykładowcy, w sumie, o profesorze na

swoich zajęciach nie opowiadali i studenty nie mogą nic

powiedzieć o ich stosunku do Racławskiego. Pani Jadzia za

to, ale tak tylko do mnie, powiedziała, że docent Siemoniak

to chyba nie lubił Racławskiego, bo prawie ze sobą nie rozmawiali,

mijali się na korytarzu jakby się nie znali. Tylko

oficjalne „dzień dobry” i żadnej wymiany zdań. I tak od

kiedy pani Jadzia pamięta, a pracuje na wydziale już piętnaście

lat z hakiem. Kiedyś nawet próbowała zagadnąć o to

dziekana, ale ten ją zbył. I tyle. Mam przycisnąć Szczuja

i tego Siemoniaka?

Trawiłem to co usłyszałem od Karniaka. Ma chłopak

nosa. Pierwszy opis profesora, jako chodzący wzór cnót

wszelakich, zaczął z lekka się zarysowywać.

– Szczuja odpuść i tak jest biedny z takim nazwiskiem.

A jak ma na imię?

– Mirosław.

– Sławiący pokój Szczuj. Z założenia to się wyklucza,

bo albo jest nastawiony pokojowo, albo szczuje jednych

na drugich. No ale tak ma i już. Pewnie sam sobie nie

wymyślił takiego nazwiska – zacząłem drążyć etymologię

Szczujowej nazwy rodowej. – Może ojciec chciał mu jakoś

wynagrodzić taką godność, to chociaż imię mu nadał

bardziej pokojowe.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał mnie Karniak

Przebiłem go wzrokiem bazyliszka. Zrobił się malutki.

– Anastazy to starszy pan, doktorek za to stosunkowo

młodziutki, to mogli się docierać – ciągnąłem bez wyjaśnienia

poprzednich przemyśleń. – Jak w życiu. Ciebie też

trzeba było wstawić na dobre tory, bo chciałeś podręcznikową

wiedzą ze szkółki zaginać starych wyjadaczy. I jakoś

cię nie ukatrupiłem. Przyciśnij na razie tego docenta, o co

się żarł z Racławskim. I szukaj cały czas tego słownika.

– Ok.

– Karniak, o której jutro ma być córka profesora?

– Około dwunastej ma przyjechać na komendę.

– To się chociaż wyśpię.


bottom of page