9 listopada 2018
- 21 sty
- 2 minut(y) czytania
Usiedliśmy od rana nad sprawą mnicha. Przejrzeliśmy zdjęcia
z miejsca zbrodni, poczytaliśmy pierwsze zeznania jedynego
świadka i odkrywcy zwłok: niejakiego Majchrzaka.
Oprócz tego, że narzędziem zbrodni był prawdopodobnie
bagnet lub inny podobny długi nóż, nie mieliśmy zupełnie
nic. U profesora chociaż namacalnie był przedmiot, którym
posłużył się zabójca, tutaj było jedynie przypuszczenie.
Mogliśmy też jedynie domniemywać, że morderca oderwał
od różańca mnicha krzyżyk i go zabrał, pozostawiając
paciorki. Tylko po co? Ale równie dobrze musieliśmy
założyć, że nasz braciszek zgubił krzyżyk gdzieś po drodze.
Niestety, cmentarz nie jest wyposażony w dobrodziejstwa
współczesnego świata, czyli, w tym wypadku, w monitoring.
Podobnie pobliskie ulice nie są kontrolowane prze
Wielkiego Brata. Dozorca Majchrzak, znalazca ciała, jak
wynikało z pierwszych z nim rozmów, które przeprowadził
Górecki, nie widział nikogo kręcącego się w pobliżu
kapucyna, mimo iż obstawał przy tym, że z sentymentu
często spoglądał w jego stronę i pilnował, żeby go nikt nie
zaczepiał. Zapewniał też, że na jego cmentarzu, pobliskie,
jak i inne żule się nie kręcą, on już o to dba. I co, znowu
duch? Czyżby rodzice nie lubili swojej pociechy i zeszli na
chwilę z zaświatów, żeby przedziurawić synka? A może za
nim właśnie tęsknili i postanowili wziąć go na wycieczkę
do swojego świata? A, że tam można się dostać tylko jako
nieboszczyk, no to wykupili mu bilet w jedną stronę, dziergany
bagnetem.
– Karniak, – zagadnąłem – to twoje pseudo to chyba nie
wódeczki dotyczy, tylko wpędza cię w takie sprawy za karę.
Ale dlaczego ja mam przez ciebie cierpieć? Coś ty staremu
zawinił, że daje nam takie beznadziejne tematy? Ty, jest
podobno jakiś święty od spraw beznadziejnych, to może
byś zaczął się do niego modlić, albo poprosił tego mnicha,
żeby się za nami wstawił?
– To jest szefie jakieś rozwiązanie. Bo jak tak dalej pójdzie,
to wcześniej sami trafimy do nieba, niż rozwiążemy
te zagadki.
– Jak mi tej wódki nie postawisz, to na pewno do nieba
nie pójdziesz. Musimy pogrzebać w przeszłości braciszka.
Sprawdzić, czy nie zalazł za skórę przeorowi lub innemu
z braci i w ogóle dowiedzieć się czegoś o tych Kaliszukach
z napisów na nagrobku.
– Szef myśli, że to czasy krzyżaków, czy innych templariuszy
i że się wyrzynają nawzajem w imię Pana? Co to,
to chyba nie. Naoglądał się szef „Krzyżaków”, „Kodów da
Vinci” czy innych „Purpurowych rzek”. To tak nie działa.
Karniak złożył ręce w trąbkę i udając megafon powiedział:
– Ziemia do krążących w chmurach – pora wracać!
– No tak. To co właściwie mamy? – nic. I drugie nic
u profesora. To może połączymy te nica i nam coś zaświta.
Myślisz, że może być jakiś związek między śmiercią mnicha
i profesora?
– Oprócz tego, że obaj są starzy, być może w podobnym
wieku, to chyba nie ma więcej podobieństw z wyjątkiem
nieznanego sprawcy.
– No tak. Na razie odpuszczamy ten wątek. Czy zacny
brat miał jakieś dokumenty?
– Miał legitymację zakonną, na nazwisko Kaliszuk.
Pytanie czy dane są prawdziwe? Był stary. Wstępując do
klasztoru mógł w tamtym czasie podać dane jakie mu
przyszły do głowy, a może został podrzucony pod drzwi
klasztoru i mnisi sami nadali mu imię? Musimy założyć,
że są prawdziwe. Sprawdzimy gdzie dokładnie mieszkał,
w którym klasztorze? Pogadamy z przeorem. Może to nam
coś da.
– Ok. Jedziemy na cmentarz trochę się rozejrzeć.
.png)
