8 listopada 2018
- Zbigniew
- 3 gru 2025
- 5 minut(y) czytania
Gabinet starego nie imponował przepychem. Ot, pokój
jak z milicyjnych filmów o poruczniku Borewiczu, tylko
w nowocześniejszym wydaniu i z komputerem na biurku.
Tyle, że w filmie o agencie 07 zazwyczaj w takim gabinecie
było mnóstwo dymu papierosowego, a w obecnej
rzeczywistości zakaz palenia obowiązywał na terenie całej
komendy. Takie czasy. To się nazywa wolność i tolerancja.
Niby człowieku jesteś wolny, ale ktoś decyduje za ciebie czy
i gdzie możesz palić. Jak to, kur..., jest: w każdym przetworzonym
produkcie spożywczym producent umieszcza pół
tablicy Mendelejewa: warzywa, owoce, zboża – podsypywane
są pestycydami, opryskiwane truciznami dla zwalczania
szkodników, żeby szybciej rosły, żeby były większe
i wszystko to później człowiek wpierdziela i to go niby nie
truje, a mały dymek, z ususzonego kawałka rośliny zwanej
tytoniem, zabija. Gdzie tu sens, a gdzie logika. Wyziewy
z rur wydechowych, z kominów fabryk czy ciepłowni,
promieniowanie fal elektromagnetycznych służą głównie
biznesowi i wtedy jest OK. Ale jak ja zapalę sobie papieroska,
to narażam cały świat na zagładę. Spalarnie śmieci,
wszechobecny plastik, zagrożenie energetyką jądrową, nie
mówiąc o produkcji broni chemicznej, to wszystko stanowi
realne zagrożenie, ale to robią korporacje i wtedy
można, a ja nie mogę se zajarać szluga, bo to uśmierca
populację ludzką.
Spojrzałem na starego jakby mi wytruł wszystkie rybki
w akwarium, a potem się uśmiechnąłem.
– No muszę przyznać, że mi pan zaimponował panie
komendancie. Nie przypuszczałbym, że zna pan
pierwsze zdanie zapisane w języku polskim w Księdze
Henrykowskiej i któremu postawili pomnik w Brukalicach
– pochwaliłem się swoją wiedzą, o mowie ojczystej.
– A ty skąd posiadasz taką wiedzę o języku? – odciął
się komendant.
– Wpływ szkolnych ekskursji po naszym umiłowanym
kraju. Zapamiętałem, bo kojarzyło mi się z taką blond cizią
z klasy, co to puściła do mnie oko pod tym pomnikiem
i myślałem głupi, że na mnie leci, a jej jakaś muszka akurat
wpadła do tego oka. Ale ja długo myślałem, że to pewnie
los tak zadziałał i jesteśmy dla siebie stworzeni. I tak mi
zostało gdzieś w zakamarkach czaszki to miejsce i to zdanie.
Teraz używam go podczas czochrania mojego mopsa
po brzuszku. „Daj ać ja pobrzuszę, a ty poczywaj” powtarzam
mu kiedy położy się na plecach z łapkami do góry
i czeka na głaskanie. A wracając do pańskiego wspaniałego
przemówienia, to brakowało tylko złączania paluszków
i ulubionego przez pierwszego obywatela „… i głęboko
w to wierzę…”, no bo w końcu też jest pan pierwszym
obywatelem, jeno że naszej małej ojczyzny-komendczyzny.
I jeszcze te pańskie kobiety lekkich obyczajów i te pierdoobiboki,
no po prostu zuch jak się patrzy. Nie znałem pana
od tej strony, taki umysł i marnuje się w policji.
Spojrzenie jakim obdarzył mnie komendant mówiło
samo za siebie: szukał gdzieś mojego mózgu, do którego
mógłby może w jakiś magiczny sposób dotrzeć. Po chwili
takiego łypania na mnie zrezygnował jednak z twórczych
poszukiwań czegoś, na co i tak jego zdaniem nigdy nie
natrafi.
– Nałęcz, nie pozwalaj sobie za dużo. Zamiast rozbierać
logicznie moje wypowiedzi, zabierz się lepiej solidnie do
rozebrania na kawałki tego zabójstwa. Muszę ci powiedzieć,
że osobiście zależy mi na dorwaniu tego skurwiela,
co pozbawił życia pana profesora. Znam, a właściwie znałem,
go kiedyś osobiście. Zaczynałem u niego studiować
zanim trafiłem do milicji.
Otworzyłem oczy jak Alibaba na widok skarbu w jaskini
zbójców.
– Tak, tak, chciałem być kiedyś polonistą – kontynuował
komendant. – Dwa lata uczyłem się u pana profesora.
Ale potem życie potoczyło się inaczej i wylądowałem
tu gdzie jestem. Spotykaliśmy się czasami u wspólnych
znajomych i on zawsze wspominał, że byłem rokującym
studentem i dopytywał, czy nie żałuję, że nie skończyłem
językoznawstwa. Był przyjacielem kuzyna mojej teściowej.
Dlatego jak tylko dowiedziałem się wczoraj od Karcza
o jego śmierci, od razu zadzwoniłem do syna tego kuzyna.
Z kolei jego szwagier jest wiceministrem w szkolnictwie,
a że tam na górze się wszyscy znają i razem wódę chlają,
to pewnie stąd to całe przyspieszenie. Ten poprosił tamtego,
tamten kolejnego, a na końcu ten od nas obiecał im
wszystkim po kolei, że to załatwi. I zrzucił to oczywiście
na nas.
No i zajarzyłem skąd tak szybko ministery się dowiedziały.
Przez Karniaka. Oj chyba będzie tarł tymi pośladami
o asfalt jak go dorwę.
– Panie komendancie, u aktorów mówi się, że aktor
jest od grania jak dupa od srania, a my jesteśmy psy i musimy
szczekać na żądanie za przysłowiową miskę zupy.
Co zrobić? Ktoś musi gonić bandytów, żeby ktoś mógł
spokojnie spać.
– Nałęcz nie filozuj. Powiedz lepiej jakie są wstępne
ustalenia.
Otworzyłem notatki i zacząłem referować:
– Nieboszczyk to profesor Racławski, o wdzięcznym
imieniu Anastazy. Ale to pan wie. Zatrudniony na
Uniwersytecie Gdańskim w Instytucie Filologii Polskiej,
dodatkowo, hobbystycznie wykładał na uniwersytecie
trzeciego wieku. Ale to pan też zapewne wie. Wdowiec,
mieszkał sam w domu po rodzicach, na Działkach Leśnych.
Zabity prawdopodobnie figurką, przedstawiającą dziewczynkę
z wiadrem na cokole, chyba z brązu. Stała obok
głowy denata na biurku. Na figurce ślady krwi denata
i jego odciski palców. Co do innych odcisków, to pracują
nad tym technicy. Figurka na tyle ciężka, że mogła
spokojnie ukatrupić ofiarę. Czas zgonu między szesnastą,
a dwudziestą. Na pierwszy rzut oka pani Marii, znaczy
się sprzątaczki pana profesora, z domu nic nie zginęło.
Pojutrze ma przyjechać córka denata i się dokładniej rozejrzeć.
Brak śladów włamania i walki, drzwi były zamknięte
na klucz, a klucze profesora leżały w holu. Nie
wierzę w duchy walące po łbie figurkami, ale na razie tak
to wygląda, chyba, że profesor ćwiczył namiętnie jogę i był
na tyle gibki, że z całej siły walnął się sam w potylicę, nie
przewidując zejścia śmiertelnego. I to na razie tyle.
Zamknąłem notatnik.
– Dobra Nałęcz, niech technicy dobrze pogrzebią przy
zamku w drzwiach, pościągają ze wszystkiego odciski,
a ty pogrzeb w jego życiorysie. Może jakaś kochanka co
ma klucze, może w grę wchodzi spadek, albo rozpalona
studentka trzeciego wieku? No co ci będę mówił? Wiesz
co masz robić.
– Jasne, ale ta rozpalona studentka trzeciego wieku, to muszę
przyznać komendancie – nie znałem pana z tej strony. Taka
wyobraźnia w pana wieku. Szacun. Chciałbym też tak mieć za
te paręnaście lat.
Widziałem, że wznowił poszukiwania mojego mózgu.
Niestety z tym samym skutkiem co poprzednio.
– Wypad z mojego gabinetu prześmiewco. Jak tylko na
coś wpadniesz od razu melduj, bo spodziewam się częstych
telefonów z góry.
Zamknąłem drzwi od gabinetu starego i poszukałem
Karniaka. Siedział u siebie w pokoju, jak zwykle przy komputerze,
wystukując na klawiaturze kolejne hasła potrzebne do
rozwikłania kolejnych spraw. Popatrzyłem na niego zabójczym
spojrzeniem niczym Anthony Joshua przed walką o pas WBO.
– Mendo społeczna, to przez twój długi ozór się nie wyspałem.
Po cholerę, żeś dzwonił od razu do starego donieść,
że rąbnęli profesorka?
– Szefie, no po prostu kiedyś stary opowiadał mi, że znał
takiego jednego wykładowcę od języka i zapamiętałem nazwisko.
To jak zobaczyłem jego wizytówki na biurku, to mi się
skojarzyło i zadzwoniłem do komendanta, czy to przypadkiem
nie ten jego stary znajomy i okazało się, że bingo. Wczorajszy
trup to właśnie on. Skąd miałem wiedzieć, że stary doniesie
od razu jeszcze wyżej i będzie takie zamieszanie?
– I tak ci kiedyś te kopyta skrócę przy samej dupie. Dawaj,
jedziemy jeszcze raz rozejrzeć się do domu denata. I pilnuj
techników, żeby szybko dali wyniki odcisków. No i patolog,
niech potwierdzi narzędzie i godzinę zejścia. Za zasługi w niedopuszczaniu
do wysypiania przełożonego w pierwszej linii,
jesteś mi winien, nomen omen, karniaka.
.png)



