top of page

8 listopada 2018

Gabinet starego nie imponował przepychem. Ot, pokój

jak z milicyjnych filmów o poruczniku Borewiczu, tylko

w nowocześniejszym wydaniu i z komputerem na biurku.

Tyle, że w filmie o agencie 07 zazwyczaj w takim gabinecie

było mnóstwo dymu papierosowego, a w obecnej

rzeczywistości zakaz palenia obowiązywał na terenie całej

komendy. Takie czasy. To się nazywa wolność i tolerancja.

Niby człowieku jesteś wolny, ale ktoś decyduje za ciebie czy

i gdzie możesz palić. Jak to, kur..., jest: w każdym przetworzonym

produkcie spożywczym producent umieszcza pół

tablicy Mendelejewa: warzywa, owoce, zboża – podsypywane

są pestycydami, opryskiwane truciznami dla zwalczania

szkodników, żeby szybciej rosły, żeby były większe

i wszystko to później człowiek wpierdziela i to go niby nie

truje, a mały dymek, z ususzonego kawałka rośliny zwanej

tytoniem, zabija. Gdzie tu sens, a gdzie logika. Wyziewy

z rur wydechowych, z kominów fabryk czy ciepłowni,

promieniowanie fal elektromagnetycznych służą głównie

biznesowi i wtedy jest OK. Ale jak ja zapalę sobie papieroska,

to narażam cały świat na zagładę. Spalarnie śmieci,

wszechobecny plastik, zagrożenie energetyką jądrową, nie

mówiąc o produkcji broni chemicznej, to wszystko stanowi

realne zagrożenie, ale to robią korporacje i wtedy

można, a ja nie mogę se zajarać szluga, bo to uśmierca

populację ludzką.

Spojrzałem na starego jakby mi wytruł wszystkie rybki

w akwarium, a potem się uśmiechnąłem.

– No muszę przyznać, że mi pan zaimponował panie

komendancie. Nie przypuszczałbym, że zna pan

pierwsze zdanie zapisane w języku polskim w Księdze

Henrykowskiej i któremu postawili pomnik w Brukalicach

– pochwaliłem się swoją wiedzą, o mowie ojczystej.

– A ty skąd posiadasz taką wiedzę o języku? – odciął

się komendant.

– Wpływ szkolnych ekskursji po naszym umiłowanym

kraju. Zapamiętałem, bo kojarzyło mi się z taką blond cizią

z klasy, co to puściła do mnie oko pod tym pomnikiem

i myślałem głupi, że na mnie leci, a jej jakaś muszka akurat

wpadła do tego oka. Ale ja długo myślałem, że to pewnie

los tak zadziałał i jesteśmy dla siebie stworzeni. I tak mi

zostało gdzieś w zakamarkach czaszki to miejsce i to zdanie.

Teraz używam go podczas czochrania mojego mopsa

po brzuszku. „Daj ać ja pobrzuszę, a ty poczywaj” powtarzam

mu kiedy położy się na plecach z łapkami do góry

i czeka na głaskanie. A wracając do pańskiego wspaniałego

przemówienia, to brakowało tylko złączania paluszków

i ulubionego przez pierwszego obywatela „… i głęboko

w to wierzę…”, no bo w końcu też jest pan pierwszym

obywatelem, jeno że naszej małej ojczyzny-komendczyzny.

I jeszcze te pańskie kobiety lekkich obyczajów i te pierdoobiboki,

no po prostu zuch jak się patrzy. Nie znałem pana

od tej strony, taki umysł i marnuje się w policji.

Spojrzenie jakim obdarzył mnie komendant mówiło

samo za siebie: szukał gdzieś mojego mózgu, do którego

mógłby może w jakiś magiczny sposób dotrzeć. Po chwili

takiego łypania na mnie zrezygnował jednak z twórczych

poszukiwań czegoś, na co i tak jego zdaniem nigdy nie

natrafi.

– Nałęcz, nie pozwalaj sobie za dużo. Zamiast rozbierać

logicznie moje wypowiedzi, zabierz się lepiej solidnie do

rozebrania na kawałki tego zabójstwa. Muszę ci powiedzieć,

że osobiście zależy mi na dorwaniu tego skurwiela,

co pozbawił życia pana profesora. Znam, a właściwie znałem,

go kiedyś osobiście. Zaczynałem u niego studiować

zanim trafiłem do milicji.

Otworzyłem oczy jak Alibaba na widok skarbu w jaskini

zbójców.

– Tak, tak, chciałem być kiedyś polonistą – kontynuował

komendant. – Dwa lata uczyłem się u pana profesora.

Ale potem życie potoczyło się inaczej i wylądowałem

tu gdzie jestem. Spotykaliśmy się czasami u wspólnych

znajomych i on zawsze wspominał, że byłem rokującym

studentem i dopytywał, czy nie żałuję, że nie skończyłem

językoznawstwa. Był przyjacielem kuzyna mojej teściowej.

Dlatego jak tylko dowiedziałem się wczoraj od Karcza

o jego śmierci, od razu zadzwoniłem do syna tego kuzyna.

Z kolei jego szwagier jest wiceministrem w szkolnictwie,

a że tam na górze się wszyscy znają i razem wódę chlają,

to pewnie stąd to całe przyspieszenie. Ten poprosił tamtego,

tamten kolejnego, a na końcu ten od nas obiecał im

wszystkim po kolei, że to załatwi. I zrzucił to oczywiście

na nas.

No i zajarzyłem skąd tak szybko ministery się dowiedziały.

Przez Karniaka. Oj chyba będzie tarł tymi pośladami

o asfalt jak go dorwę.

– Panie komendancie, u aktorów mówi się, że aktor

jest od grania jak dupa od srania, a my jesteśmy psy i musimy

szczekać na żądanie za przysłowiową miskę zupy.

Co zrobić? Ktoś musi gonić bandytów, żeby ktoś mógł

spokojnie spać.

– Nałęcz nie filozuj. Powiedz lepiej jakie są wstępne

ustalenia.

Otworzyłem notatki i zacząłem referować:

– Nieboszczyk to profesor Racławski, o wdzięcznym

imieniu Anastazy. Ale to pan wie. Zatrudniony na

Uniwersytecie Gdańskim w Instytucie Filologii Polskiej,

dodatkowo, hobbystycznie wykładał na uniwersytecie

trzeciego wieku. Ale to pan też zapewne wie. Wdowiec,

mieszkał sam w domu po rodzicach, na Działkach Leśnych.

Zabity prawdopodobnie figurką, przedstawiającą dziewczynkę

z wiadrem na cokole, chyba z brązu. Stała obok

głowy denata na biurku. Na figurce ślady krwi denata

i jego odciski palców. Co do innych odcisków, to pracują

nad tym technicy. Figurka na tyle ciężka, że mogła

spokojnie ukatrupić ofiarę. Czas zgonu między szesnastą,

a dwudziestą. Na pierwszy rzut oka pani Marii, znaczy

się sprzątaczki pana profesora, z domu nic nie zginęło.

Pojutrze ma przyjechać córka denata i się dokładniej rozejrzeć.

Brak śladów włamania i walki, drzwi były zamknięte

na klucz, a klucze profesora leżały w holu. Nie

wierzę w duchy walące po łbie figurkami, ale na razie tak

to wygląda, chyba, że profesor ćwiczył namiętnie jogę i był

na tyle gibki, że z całej siły walnął się sam w potylicę, nie

przewidując zejścia śmiertelnego. I to na razie tyle.

Zamknąłem notatnik.

– Dobra Nałęcz, niech technicy dobrze pogrzebią przy

zamku w drzwiach, pościągają ze wszystkiego odciski,

a ty pogrzeb w jego życiorysie. Może jakaś kochanka co

ma klucze, może w grę wchodzi spadek, albo rozpalona

studentka trzeciego wieku? No co ci będę mówił? Wiesz

co masz robić.

– Jasne, ale ta rozpalona studentka trzeciego wieku, to muszę

przyznać komendancie – nie znałem pana z tej strony. Taka

wyobraźnia w pana wieku. Szacun. Chciałbym też tak mieć za

te paręnaście lat.

Widziałem, że wznowił poszukiwania mojego mózgu.

Niestety z tym samym skutkiem co poprzednio.

– Wypad z mojego gabinetu prześmiewco. Jak tylko na

coś wpadniesz od razu melduj, bo spodziewam się częstych

telefonów z góry.

Zamknąłem drzwi od gabinetu starego i poszukałem

Karniaka. Siedział u siebie w pokoju, jak zwykle przy komputerze,

wystukując na klawiaturze kolejne hasła potrzebne do

rozwikłania kolejnych spraw. Popatrzyłem na niego zabójczym

spojrzeniem niczym Anthony Joshua przed walką o pas WBO.

– Mendo społeczna, to przez twój długi ozór się nie wyspałem.

Po cholerę, żeś dzwonił od razu do starego donieść,

że rąbnęli profesorka?

– Szefie, no po prostu kiedyś stary opowiadał mi, że znał

takiego jednego wykładowcę od języka i zapamiętałem nazwisko.

To jak zobaczyłem jego wizytówki na biurku, to mi się

skojarzyło i zadzwoniłem do komendanta, czy to przypadkiem

nie ten jego stary znajomy i okazało się, że bingo. Wczorajszy

trup to właśnie on. Skąd miałem wiedzieć, że stary doniesie

od razu jeszcze wyżej i będzie takie zamieszanie?

– I tak ci kiedyś te kopyta skrócę przy samej dupie. Dawaj,

jedziemy jeszcze raz rozejrzeć się do domu denata. I pilnuj

techników, żeby szybko dali wyniki odcisków. No i patolog,

niech potwierdzi narzędzie i godzinę zejścia. Za zasługi w niedopuszczaniu

do wysypiania przełożonego w pierwszej linii,

jesteś mi winien, nomen omen, karniaka.

bottom of page