8 listopada 2018
- Zbigniew
- 17 gru 2025
- 5 minut(y) czytania
Willa profesora znajdowała się przy ulicy Urszulanek.
Jest to ślepa uliczka, niby prawie w centrum, ale de facto,
z lasem za plecami domków. Budynki z lat 30-tych nie są
może same w sobie wiele warte, tym bardziej, że budowane
często metodą tzw. gospodarczą, ale same działki osiągają
ceny liczone w milionach.
W domu profesora nie znaleźliśmy nic, co posunęłoby
śledztwo choćby o milimetr. Nie chcieliśmy szczególnie
nic ruszać przed przyjazdem córki Anastazego, żeby mogła
w miarę dokładnie ocenić co zginęło, chociaż nie wiedzieliśmy
jak dawno temu była z ostatnią wizytą u tatusia.
Mieszkała w Poznaniu, czyli niezbyt daleko, ale jak wyglądały
jej relacja z ojcem nie mieliśmy pojęcia. Komendant
powiedział mi, że odkąd zmarła żona profesora, ten odsunął
się od życia towarzyskiego i bywał rzadko na spotkaniach
u znajomych, a jeszcze mniej opowiadał o swoim
życiu. Nic nie wskazywało na włamanie. Ktoś wszedł, załatwił
profesora i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz.
Racławski siedział przy biurku, czyli najprawdopodobniej
znał ofiarę i miał do niej zaufanie. To musiał być ktoś, kto
w obecności profesora mógł swobodnie poruszać się po
domu i profesor nie zwracał uwagi na jego pozycję. Córka,
zięć, ktoś z bliskiej rodziny, pani Maria. Ale ona sprząta
do południa raz w tygodniu, kiedy nie ma profesora. Jest
jeszcze możliwość, że ktoś się zakradł po cichu. Tylko jak
wszedł do domu? Profesor miał już swoje lata, więc może
zostawił otwarte drzwi, może był przygłuchy i nie słyszał,
że ktoś się porusza za jego plecami? Pochłonięty pracą nie
zwracał uwagi czy coś się dookoła dzieje, bo był pewny, że
jest sam w domu. W końcu był do tego przyzwyczajony od
śmierci żony. Dostał w potylicę, potem zadzwonił telefon
od pani Marii, morderca się spłoszył i uciekł. Tylko po co
zamykałby drzwi na klucz? Jakoś to wszystko się kupy nie
trzyma. A może pani Maria nie zwróciła uwagi, a drzwi
były jednak otwarte? Może to się już wcześniej zdarzało,
bo profesor zapominał zamykać i pani Maria popadła
w rutynę, łapie za klamkę i wchodzi? Przecież klucze profesora
były w domu, to nikt nie mógł zamknąć drzwi.
– Karniak, ile par kluczy znaleźliśmy w domu? – krzyknąłem
do Krzyśka, który przeglądał pokoje na górze.
– Dwie pary, jedne w holu i drugie w biurku. Trzecie ma
pani Maria. A właściwie miała, bo Tokarski je od niej zabrał
i zabezpieczył.
– To brakuje nam, na zdrowy rozum, czwartego kompletu.
Chyba, że było ich więcej? Normalnie, zazwyczaj są
cztery oryginały. Tak, czy nie, Sherlocku?
– Normalnie tak. Pewnie ostatnie ma córka. Chyba, że
jak pan inteligentnie zauważył, faktycznie było ich więcej.
– Nie podlizuj się, karniaka i tak stawiasz. Trzeba będzie
jeszcze raz przepytać sprzątaczkę i dopytać córkę o te klucze.
Wiemy już kiedy dokładnie przyjeżdża latorośl profesora?
– W sobotę około 12-tej ma być na komendzie.
W sobotę. Jasna cholera. W sobotę umówiłem się z moimi
dziewczynami na zakupy w Rivierze. Miały przepuszczać
moją wypłatę na jakieś damskie fidrygałki. I oni (ci oderwani
od rzeczywistości) się dziwią, że Polacy nie oszczędzają. Za
komuny nic w sklepach nie było, to i na kontach w PKO naród
odkładał. Teraz, jak można kupić wszystko w dowolnej
ilości, to statystycznie średniej wypłaty nie starcza. To co
odkładać? Banki teraz głównie z kredytów, i to konsumpcyjnych,
dobrze żyją.
– I co, mamy jeszcze pewnie zarywać sobotę, – zacząłem
narzekać – bo Racławscy są skoligaceni z jakimś tam wiceministrem?
Ten to dopiero jest malutki. Nie dość że mini,
to jeszcze wice. I właśnie tacy są najgorsi.
– Sam pan zawsze powtarza o psach i szczekaniu. Taka
robota.
Fakt, nikt nas nie zmuszał do pracy w psiarni. Kilku
kolegów dawno odeszło na swoje i nie żałują tych decyzji.
Pootwierali agencje detektywistyczne, ochroniarskie,
a nawet salony masażu. W końcu obracali się w światku, to
wiedzą komu takie usługi są potrzebne i jak je robić, żeby
prawa nie złamać, a tylko skutecznie naginać.
– W dupie to mam. Taka robota i taka robota. Dobra, do
soboty niech technicy przetrzepią cały dom. Okna, drzwi
na taras, okienka w piwnicy. Wiem, że szyby całe, ale czy
nie były podważane? Zresztą, co ja będę uczył ojca dzieci
robić, sami wiedzą czego szukać. Znalazłeś coś ciekawego
na górze?
– Nic szefie. Dom wdowca, ale zadbany. Pani Maria się
przykłada. Aż za bardzo. Nawet nie można za dużo wywnioskować
po śladach na kurzu, bo go nie ma. Ale góra to
głównie sypialnia i graciarnia. Druga łazienka, drugi pokój,
chyba gościnny i wyjście na poddasze zamknięte na kłódkę.
Tokarski jutro tam wlezie. A co na dole?
– Też nic ciekawego. Od słowników to można dostać oczopląsu.
Brakuje jednego woluminu na górnej półce. Trzeba to
sprawdzić. Może jest w gabinecie profesora na uczelni? Jak
zejdziesz na dół, to zrób zdjęcie tej serii. Reszta to leksykony,
encyklopedie, poradniki, vademeca i tego typu rozprawy.
Jednym zdaniem: słowa o słowach. Nie podejrzewam, żeby
ktoś zabił profesora dla łamania języka nad książką. Chociaż
w dzisiejszych czasach jakiś zwolennik pięknej i jakże soczystej
naszej ojczyzny-polszczyzny, może mógłby zapragnąć
posiąść księgę profesora jako talizman prawdziwego Polaka.
Ale pewnie nie kropnąłby autorytetu od naszej rodzimej
mowy. Poza tym nic się nie rzuca w oczy, co by wskazywało
na motyw. Ale musimy poczekać na córcię. I jeszcze raz na
chłodno przywieźć panią Marię, żeby zlustrowała dom kawałek
po kawałku i potwierdziła czy coś zginęło i czy w ostatnim
czasie nie zauważyła czegoś co ją zdziwiło.
– Dobrze szefie, niech do jutra ochłonie i wtedy ją poprosimy
o pomoc. Czy ją też wciągamy na listę podejrzanych?
Ciekawe pytanie. Może pan Racławski się wywyższał
i nadużywał profesorskiego języka w stosunku do prostej
pomocy sprzątającej. Ta nie wytrzymała, złapała figurkę
i rypła gadzinę. Albo stary świntuch zaczął molestować kobiecinę
i się doigrał.
– W zasadzie tak, bo czemu nie?– odpowiedziałem na
pytanie Karcza. – Ją, córkę, zięcia, wnuki jak są w odpowiednim
wieku. I to chyba wszyscy w pierwszej linii. Dalej
trzeba przepytać współpracowników z uczelni i tych z trzeciego
wieku. I tych co wyłonią się po pierwszych rozmowach,
a nie mamy ich teraz na liście. Głównie, czy komuś
zalazł za skórę, bo jak nic nie zginęło, to w grę wchodzi
zemsta, zawiść, zazdrość i tego typu niskie pobudki.
Najczęściej takie są właśnie przyczyny uśmiercania
jednych przez drugich. Ludzie nie mogą znieść, że drugiemu
się lepiej powiodło. Co prawda odsetek zabójstw,
w ogólnym podkładaniu świni sąsiadom, czy znajomym
jest nikły, ale zwykła ludzka zawiść jest też wystarczającym
powodem do czynów grubszego kalibru. Jak się ludzie
naoglądają obrazków z Sandomierza, to pomyślą, że przy
niewielkiej modyfikacji i usprawnieniu, są w stanie popełnić
zbrodnię doskonałą. A przecież nie w każdym mieście
jest detektyw w sutannie, tudzież pies tropiący Alex.
Filmowy obraz zwykłego policjanta, to wizerunek fajtłapy
niepotrafiącego myśleć, dedukować, strzelać, walczyć
wręcz. Policyjny sprzęt zazwyczaj zawodzi w decydującym
momencie i dopiero wkraczajÄ…cy do akcji super bohater
ogarnia cały bałagan i łapie, bądź likwiduje bandytów.
A ponieważ herosi to gatunek na wymarciu, przeciętny
Kowalski planując czyn karnie zabroniony, w ogóle nie
bierze pod uwagÄ™ wpadki.
– Dobra Karniak, a jak na zewnątrz – jakieś ślady buciorów,
pepegów, kaloszków? Jakaś dziura w płocie, drabinka
przystawiona do okienka, lina spuszczona z komina, cokolwiek
dziwnego?
– Szefie, pogoda jaka jest każdy widzi. Deszczyk, panie
Grzeszczyk, zmył wszelkie odciski obuwia. Żadnych
linek i drabinek. Od strony lasu furtka zamknięta na klucz.
Przepatrzeliśmy płot – żadnych śladów wskazujących na
forsowanie. Ale tu znowu mógł zadziałać deszczyk.
– Czyli śladów mamy jak po blondynce w bieli na karuzeli
– brązowy paseczek tam gdzie jest roweczek – było
biało póki stało, jak ruszyło się zesrało.
Zdziwienie Karniaka, po moich słowach, ujawniło
siÄ™ w wyrazie jego twarzy, z grubsza ujmujÄ…c, jak
u Komorowskiego po wyborach w 2015.
– Spadamy, – zadecydowałem – wódeczkę postawisz
w sobotę po robocie. Teraz wieź mnie do domu, muszę
zmienić ciuchy, bo od wczoraj łażę w tym samym. Do wyra
padłem jak kawka, a rano tak szybko wyskakiwałem, że
nawet gaci i skarpet nie zmieniłem. Później zobaczymy się
na komendzie.
.png)


