top of page

8 listopada 2018

Willa profesora znajdowała się przy ulicy Urszulanek.

Jest to ślepa uliczka, niby prawie w centrum, ale de facto,

z lasem za plecami domków. Budynki z lat 30-tych nie są

może same w sobie wiele warte, tym bardziej, że budowane

często metodą tzw. gospodarczą, ale same działki osiągają

ceny liczone w milionach.

W domu profesora nie znaleźliśmy nic, co posunęłoby

śledztwo choćby o milimetr. Nie chcieliśmy szczególnie

nic ruszać przed przyjazdem córki Anastazego, żeby mogła

w miarę dokładnie ocenić co zginęło, chociaż nie wiedzieliśmy

jak dawno temu była z ostatnią wizytą u tatusia.

Mieszkała w Poznaniu, czyli niezbyt daleko, ale jak wyglądały

jej relacja z ojcem nie mieliśmy pojęcia. Komendant

powiedział mi, że odkąd zmarła żona profesora, ten odsunął

się od życia towarzyskiego i bywał rzadko na spotkaniach

u znajomych, a jeszcze mniej opowiadał o swoim

życiu. Nic nie wskazywało na włamanie. Ktoś wszedł, załatwił

profesora i wyszedł zamykając za sobą drzwi na klucz.

Racławski siedział przy biurku, czyli najprawdopodobniej

znał ofiarę i miał do niej zaufanie. To musiał być ktoś, kto

w obecności profesora mógł swobodnie poruszać się po

domu i profesor nie zwracał uwagi na jego pozycję. Córka,

zięć, ktoś z bliskiej rodziny, pani Maria. Ale ona sprząta

do południa raz w tygodniu, kiedy nie ma profesora. Jest

jeszcze możliwość, że ktoś się zakradł po cichu. Tylko jak

wszedł do domu? Profesor miał już swoje lata, więc może

zostawił otwarte drzwi, może był przygłuchy i nie słyszał,

że ktoś się porusza za jego plecami? Pochłonięty pracą nie

zwracał uwagi czy coś się dookoła dzieje, bo był pewny, że

jest sam w domu. W końcu był do tego przyzwyczajony od

śmierci żony. Dostał w potylicę, potem zadzwonił telefon

od pani Marii, morderca się spłoszył i uciekł. Tylko po co

zamykałby drzwi na klucz? Jakoś to wszystko się kupy nie

trzyma. A może pani Maria nie zwróciła uwagi, a drzwi

były jednak otwarte? Może to się już wcześniej zdarzało,

bo profesor zapominał zamykać i pani Maria popadła

w rutynę, łapie za klamkę i wchodzi? Przecież klucze profesora

były w domu, to nikt nie mógł zamknąć drzwi.

– Karniak, ile par kluczy znaleźliśmy w domu? – krzyknąłem

do Krzyśka, który przeglądał pokoje na górze.

– Dwie pary, jedne w holu i drugie w biurku. Trzecie ma

pani Maria. A właściwie miała, bo Tokarski je od niej zabrał

i zabezpieczył.

– To brakuje nam, na zdrowy rozum, czwartego kompletu.

Chyba, że było ich więcej? Normalnie, zazwyczaj są

cztery oryginały. Tak, czy nie, Sherlocku?

– Normalnie tak. Pewnie ostatnie ma córka. Chyba, że

jak pan inteligentnie zauważył, faktycznie było ich więcej.

– Nie podlizuj się, karniaka i tak stawiasz. Trzeba będzie

jeszcze raz przepytać sprzątaczkę i dopytać córkę o te klucze.

Wiemy już kiedy dokładnie przyjeżdża latorośl profesora?

– W sobotę około 12-tej ma być na komendzie.

W sobotę. Jasna cholera. W sobotę umówiłem się z moimi

dziewczynami na zakupy w Rivierze. Miały przepuszczać

moją wypłatę na jakieś damskie fidrygałki. I oni (ci oderwani

od rzeczywistości) się dziwią, że Polacy nie oszczędzają. Za

komuny nic w sklepach nie było, to i na kontach w PKO naród

odkładał. Teraz, jak można kupić wszystko w dowolnej

ilości, to statystycznie średniej wypłaty nie starcza. To co

odkładać? Banki teraz głównie z kredytów, i to konsumpcyjnych,

dobrze żyją.

– I co, mamy jeszcze pewnie zarywać sobotę, – zacząłem

narzekać – bo Racławscy są skoligaceni z jakimś tam wiceministrem?

Ten to dopiero jest malutki. Nie dość że mini,

to jeszcze wice. I właśnie tacy są najgorsi.

– Sam pan zawsze powtarza o psach i szczekaniu. Taka

robota.

Fakt, nikt nas nie zmuszał do pracy w psiarni. Kilku

kolegów dawno odeszło na swoje i nie żałują tych decyzji.

Pootwierali agencje detektywistyczne, ochroniarskie,

a nawet salony masażu. W końcu obracali się w światku, to

wiedzą komu takie usługi są potrzebne i jak je robić, żeby

prawa nie złamać, a tylko skutecznie naginać.

– W dupie to mam. Taka robota i taka robota. Dobra, do

soboty niech technicy przetrzepią cały dom. Okna, drzwi

na taras, okienka w piwnicy. Wiem, że szyby całe, ale czy

nie były podważane? Zresztą, co ja będę uczył ojca dzieci

robić, sami wiedzą czego szukać. Znalazłeś coś ciekawego

na górze?

– Nic szefie. Dom wdowca, ale zadbany. Pani Maria się

przykłada. Aż za bardzo. Nawet nie można za dużo wywnioskować

po śladach na kurzu, bo go nie ma. Ale góra to

głównie sypialnia i graciarnia. Druga łazienka, drugi pokój,

chyba gościnny i wyjście na poddasze zamknięte na kłódkę.

Tokarski jutro tam wlezie. A co na dole?

– Też nic ciekawego. Od słowników to można dostać oczopląsu.

Brakuje jednego woluminu na górnej półce. Trzeba to

sprawdzić. Może jest w gabinecie profesora na uczelni? Jak

zejdziesz na dół, to zrób zdjęcie tej serii. Reszta to leksykony,

encyklopedie, poradniki, vademeca i tego typu rozprawy.

Jednym zdaniem: słowa o słowach. Nie podejrzewam, żeby

ktoś zabił profesora dla łamania języka nad książką. Chociaż

w dzisiejszych czasach jakiś zwolennik pięknej i jakże soczystej

naszej ojczyzny-polszczyzny, może mógłby zapragnąć

posiąść księgę profesora jako talizman prawdziwego Polaka.

Ale pewnie nie kropnąłby autorytetu od naszej rodzimej

mowy. Poza tym nic się nie rzuca w oczy, co by wskazywało

na motyw. Ale musimy poczekać na córcię. I jeszcze raz na

chłodno przywieźć panią Marię, żeby zlustrowała dom kawałek

po kawałku i potwierdziła czy coś zginęło i czy w ostatnim

czasie nie zauważyła czegoś co ją zdziwiło.

– Dobrze szefie, niech do jutra ochłonie i wtedy ją poprosimy

o pomoc. Czy ją też wciągamy na listę podejrzanych?

Ciekawe pytanie. Może pan Racławski się wywyższał

i nadużywał profesorskiego języka w stosunku do prostej

pomocy sprzątającej. Ta nie wytrzymała, złapała figurkę

i rypła gadzinę. Albo stary świntuch zaczął molestować kobiecinę

i się doigrał.

– W zasadzie tak, bo czemu nie?– odpowiedziałem na

pytanie Karcza. – Ją, córkę, zięcia, wnuki jak są w odpowiednim

wieku. I to chyba wszyscy w pierwszej linii. Dalej

trzeba przepytać współpracowników z uczelni i tych z trzeciego

wieku. I tych co wyłonią się po pierwszych rozmowach,

a nie mamy ich teraz na liście. Głównie, czy komuś

zalazł za skórę, bo jak nic nie zginęło, to w grę wchodzi

zemsta, zawiść, zazdrość i tego typu niskie pobudki.

Najczęściej takie są właśnie przyczyny uśmiercania

jednych przez drugich. Ludzie nie mogą znieść, że drugiemu

się lepiej powiodło. Co prawda odsetek zabójstw,

w ogólnym podkładaniu świni sąsiadom, czy znajomym

jest nikły, ale zwykła ludzka zawiść jest też wystarczającym

powodem do czynów grubszego kalibru. Jak się ludzie

naoglądają obrazków z Sandomierza, to pomyślą, że przy

niewielkiej modyfikacji i usprawnieniu, są w stanie popełnić

zbrodnię doskonałą. A przecież nie w każdym mieście

jest detektyw w sutannie, tudzież pies tropiący Alex.

Filmowy obraz zwykłego policjanta, to wizerunek fajtłapy

niepotrafiącego myśleć, dedukować, strzelać, walczyć

wręcz. Policyjny sprzęt zazwyczaj zawodzi w decydującym

momencie i dopiero wkraczajÄ…cy do akcji super bohater

ogarnia cały bałagan i łapie, bądź likwiduje bandytów.

A ponieważ herosi to gatunek na wymarciu, przeciętny

Kowalski planując czyn karnie zabroniony, w ogóle nie

bierze pod uwagÄ™ wpadki.

– Dobra Karniak, a jak na zewnątrz – jakieś ślady buciorów,

pepegów, kaloszków? Jakaś dziura w płocie, drabinka

przystawiona do okienka, lina spuszczona z komina, cokolwiek

dziwnego?

– Szefie, pogoda jaka jest każdy widzi. Deszczyk, panie

Grzeszczyk, zmył wszelkie odciski obuwia. Żadnych

linek i drabinek. Od strony lasu furtka zamknięta na klucz.

Przepatrzeliśmy płot – żadnych śladów wskazujących na

forsowanie. Ale tu znowu mógł zadziałać deszczyk.

– Czyli śladów mamy jak po blondynce w bieli na karuzeli

– brązowy paseczek tam gdzie jest roweczek – było

biało póki stało, jak ruszyło się zesrało.

Zdziwienie Karniaka, po moich słowach, ujawniło

siÄ™ w wyrazie jego twarzy, z grubsza ujmujÄ…c, jak

u Komorowskiego po wyborach w 2015.

– Spadamy, – zadecydowałem – wódeczkę postawisz

w sobotę po robocie. Teraz wieź mnie do domu, muszę

zmienić ciuchy, bo od wczoraj łażę w tym samym. Do wyra

padłem jak kawka, a rano tak szybko wyskakiwałem, że

nawet gaci i skarpet nie zmieniłem. Później zobaczymy się

na komendzie.

bottom of page