top of page

8 listopada 2018

Wróciłem do domu o trzeciej w nocy. Nawet pies na

mnie nie zareagował, spał smacznie na kołdrze w pozycji

z łapami do góry, na moim miejscu w łóżku i głośno

pochrapywał. Mówią, że jak czworonóg śpi w takiej pozycji,

to czuje się bezpiecznie w domu swoich państwa.

Widocznie ten spał snem sprawiedliwego, a fakt że zajmował

moje miejsce, absolutnie nie zakłócał jego samopoczucia.

Zachowywałem się cicho, żeby nie zbudzić

ani jego, ani pozostałych domowników. Wygrzebałem

z szafy jakiś koc i położyłem się obok psa na krawędzi

łóżka. Popatrzył na mnie spode łba, nie myśląc nawet

o przesunięciu się choć o centymetr. Nigdy nie przypuszczałem,

że jakieś bydlę będzie dla mnie tyle warte,

że nawet nie podejmę próby zwalenia go z wyra, żeby

go przypadkiem nie obudzić. Nie pragnąłem mocno

psa jako dzieciak, a od kiedy zrozumiałem, że oprócz

„przytulasa” pies to tyko obowiązki, w ogóle mnie nie

ciągnęło do posiadania zwierza. Dopiero moja córka

wprowadziła mopsa Leona na pokoje, a wraz z nim zapanowały

nowe porządki. Leon tak się zadomowił, że podporządkował

sobie prawie wszystkich i prawie wszystkie

sfery naszego domowego życia. Prawie wszystkich, bo

jestem chyba jedynym domownikiem, któremu udaje

się czasami zmusić go do zmiany zamiarów.

I z takimi rozważaniami zasnąłem. Obudził mnie telefon

o 5.30 rano. Zaspanym wzrokiem rzuciłem na

wyświetlacz. Dzwonił Karniak.

– Taaaak?

– Cześć szefie, nie obudziłem?

– Nie no skąd. No co ty. TY? Przenigdy. Obudził mnie

dzwonek telefonu. Jakby z tego plastikowego prostokącika

wystawały kończyny dolne, to bym mu je z dupy

powyrywał, ale że nie wystawały, a i o dupę ciężko przy

takiej płaskiej technologii, to niestety nie wyrwałem.

Co jest?

– Dzwonił stary, że w sprawie tego profesorka z wczoraj,

dzwonił do niego jakiś minister, że profesorek był

znajomym jakiegoś polityka i sprawa jest priorytetowa,

bo tamten obiecał rodzinie profesorka, że postawią całą

policję na nogi i w trymiga znajdą skurwiela, co pomógł

profesorkowi szybciej przywitać się z Abrahamem.

Na twarzy pojawił mi się grymas orangutana próbującego

rozpracować jak dostać się do mleka z kokosa.

– Co? O czym człowieku „ju tokin tu mi”? Czy ty musisz

wyrzucać z siebie tyle słów. Chłopie ja jeszcze śpię!

Chciałem zrugać go jak psa, ale musiałem powstrzymać

zarówno słowotwórstwo estetyczne jak i natężenie

skali głosu. Czemuż albowiem winna była moja ukochana

rodzina i Leon. Nie chciałem ich obudzić i narazić

na wulgaryzmy, które same cisnęły się na usta. Naiwnie

pewnie sądziłem, że ani żona jako kobieta, ani tym bardziej

córki, nie używają takiego słownictwa.

– Sie pan zbiera szefie, opowiem panu spokojnie po

drodze. Musimy być zaraz na komendzie. Stary ogłosił

alarm bojowy – usłyszałem ponownie głos Karniaka

w telefonie.

– Nie mogłeś tak od razu, a nie jakieś zawiłe zdania

o rodzinnych powiązaniach nieboszczyka. Musisz

się nauczyć krótkich haseł: „Stary sra ogniem. – Stop

– Łuczywo przy dupie. – Stop – Wszystkie ręce na pokład”.

Tyle się nagadałeś, a ja i tak nic z tego nie zakumałem.

Idę dalej spać. Przyjedź po mnie po tym alarmie.

– Się nie da. Komendant osobiście do mnie dzwonił,

żebym pana przywiózł. No to już nie ma spania. Za pół

godziny wszyscy mamy zameldować się na odprawie.

– To nie jest kraj dla starych ludzi – pomyślałem.

– A gdzie tu jest zwykła sprawiedliwość? Dla starego,

to profesorek jest z wczoraj, a dla mnie z nocki. Mało tego,

profesorek sobie smacznie spał. Co prawda snem wiecznym

i w pozie mało wygodnej, ale S P A Ł!!! A ja co? Nie

mam prawa do wytchnienia? Poczciwemu staremu glinie

nie przysługuje choćby mała chwilka spokoju i sennego

błogostanu? O co tu, kurka, chodzi? Dobra Karniak, to

przyjedź po mnie za pół godziny.

– Szefie, ale ja już stoję pod klatką, może pan złazić.

Dobrze, że po przyjściu nie wpadłem na pomysł, żeby

jak człowiek wziąć prysznic, ubrać piżamkę i wtulić się

w małżonkę, tudzież w Leona. I dzięki temu, pozostało

mi jedynie walnąć szczocha, wciągnąć złachane porcięta,

umyć zęby, zarzucić jakąś pelerynkę, buciki i w drogę.

Starałem się robić wszystko po cichu, ale już sama konwersacja,

z Bogu ducha winnym Karniakiem, skutecznie

wybudziła całą rodzinkę. Tym razem wszyscy domownicy,

łącznie z psem, patrzyli na mnie takim wzrokiem, jakbym

im nasikał do ulubionego kubeczka.

– No co? Taką mam robotę – zreflektowałem się, że

jednak za głośno gadałem do telefonu, – śpijcie, śpijcie,

macie jeszcze godzinę sam na sam z Morfeuszem.

I wyszedłem. Usłyszałem tylko jak, chyba kapeć, wylądował

na zamkniętych przeze mnie drzwiach. Wsiadłem

do wozu i przywitałem się z Karniakiem. Mówili na niego

Karniak, bo miał inicjały K.K. jak Kodeks Karny: Krzysztof

Karcz. Jak trafił do szkółki policyjnej, to został najpierw

„Kodeksem”, a potem „Karniakiem”. Choć to drugie pseudo

nie było dla niego wolne od udręk ciała, to jednak bardziej

przylgnęło i pozostało. A nie było przyjemne, bo jak mi

kiedyś opowiedział, na imprezy w koszarach, na krzywy

ryj do pokoju, w którym mieszkał Karniak z kolegami,

przyłaził taki wielki kafar o nazwisku Albrecht. A miał

skubaniec nosa do wywąchania imprezy. Właził w trakcie

i radośnie uśmiechając gębę meldował się: „już jestem”,

na co jeden z kolegów Krzysia, który zazwyczaj polewał,

zawsze dla hecy odpowiadał podając mu kielona: „no to

walnij karniaka”, a ten z całej siły walił Krzysia z piąchy

w ramię i wypijał swoją zaległą dolę z podwójną satysfakcją.

Któregoś razu tak przywalił Krzysiowi, że mu wybił

ramię z zawiasów. A że już i tak groziło mu wydalenie za

brak postępów w przyswajaniu wiedzy, to po dołożeniu

mu przemocy fizycznej, wywalili go ze szkółki z wilczym

biletem. A Krzysio pozostał „Karniakiem” i dzierży ten

rycerski przydomek, aż po dzień dzisiejszy.

Rozsiadłem się w naszej służbowej octavii. Dobrze chociaż,

że służbowe auto jest w miarę wygodne. Odsunąłem

na maksa siedzenie, odchyliłem oparcie, wyciągnąłem do

przodu kopytka na tyle na ile pozwalały mi ograniczone

gabaryty kabiny pasażerskiej.

– Słuchaj, co do tych nóg – odezwałem się – nie chciałbyś

zagrać przez chwilę roli mojego telefonu, bo bym chętnie

jednak te kończyny dolne z dupy wyrwał.

– Raczej nie szefie. Pan wie, że ja biegam te wszystkie

pół i cale maratony i na samej dupie ledwie bym się ślizgał,

no i starł skórę na pośladach. Więc nogi jak najbardziej

chciałbym zachować wrośnięte w zadek. Może gumę na

ukojenie nerw?

– No trudno, to daj tą gumę.

Podał mi gumę Big Babol o smaku truskawkowym.

Kupował ją na hali targowej w Gdyni, w stoisku z produktami

z UK. Jakby, kurka, nie mógł żuć zwykłej gumy

z Biedronki. Ot dzisiejsza młodzież: lans, szpan, uleganie

modzie, tudzież udawanie oryginalności. Zwykły burak

kupiłby sobie przechodzone BMW (Bolid Młodego

Wieśniaka) i rwał laski na wiejskiej dysce, a miastowe

chłopaki muszą się wyróżniać subtelniej. Karniak może

już wyrósł z wieku młodzieńczych uniesień, ale za to teraz,

niczym James Bond, podkreślał swój image żuciem

nietuzinkowej gumy (w polskich sklepach sieciowych

niedostępnej).

– Powiedz mi Krzysiu jak to jest z tymi ministrami? –

podjąłem temat, bo i tak nie miałem szans na przyduszenie

komara. – Dochrapie się taki jeden z drugim stanowiska

i to jeszcze zazwyczaj nie ma za wiele wspólnego z resortem,

którym rządzi. I może taki zadzwonić w środku

nocy i zatrząść tyłkami ludzi, którzy zęby zjedli na swojej

robocie. A przecież z łaciny, minister to sługa lub pomocnik,

czyli ktoś, kto powinien być potulny, a nie drzeć ryja

i wodę mącić. A po naszemu mini ster to takie malutkie

kółeczko z wypustkami do kręcenia i poruszania sterem.

Jakby to miałby być ktoś ważny, to by go nazwali maxi ster

lub mega ster, bo ma być najważniejszy, ale zostawili mu

„mini”, więc jest tylko małym upierdliwym kurduplem,

przez którego ja nie mogę się wyspać po robocie. To może

jak go spotkam to jemu te nogi z dupy powyrywam? Co

ty na to?

– Dobra myśl, tylko mało realna. Po pierwsze - pewnie

go pan nigdy nie spotka, po drugie - nie warto. Nie będzie

ten, to będzie inny i każdy z nich myśli, że: „teraz kurwa ja”

i napawa się władzą. Zmieni się opcja na górze, zmienią

się ludzie na stołkach, ale przyzwyczajenia się nie zmienią.

TKM zawsze będzie.

– Ma chłop rację – pomyślałem. My tu na dole odwalamy

całą czarną robotę, a tam na górze, jacyś mądrale

na stołkach, oderwani od rzeczywistości wydają bzdurne

polecenia, nie mając bladego pojęcia jak wygląda nasza

robota.

– Co prawda, to prawda – rzekłem filozoficznie i zadeklamowałem

wierszyk:

Taka polska rzeczywistość – zdobyć, albo zniszczyć wszystko.

Tutaj nie ma miękkiej gry. – No bo TERAZ KURWA MY!!!

Tutaj jeńców się nie bierze, tu nic nie ma w dobrej wierze.

Oni błądzą niczym ćmy. – Ale TERAZ KURWA MY!!!

Wszystkie chwyty dozwolone, gdy uderzasz drugą stronę.

Gryź! a nie wyszczerzaj kły! – No bo TERAZ KURWA MY!!!

Dopierdolić, kurwa tak, by przewrócił się na wznak.

Nikt nie będzie ronił łzy. – No bo TERAZ KURWA MY!!!

Udowodnić wobec wszem – oni byli gorszym złem!

Brak hamulców wszelkich, gdy rządzić chcemy TERAZ MY!!!

Honor? Naród? Kraj? No cóż? Słowa te dziś kryje kurz.

Ważne inne słowa trzy – TRAZ KURWA MY!!!

Karniak zrobił oczy wielkie jak narkoman na widok

strzykawki z kompotem.

– No co? – spytałem z miną niewiniątka.

Dalej jechaliśmy w milczeniu.

bottom of page