8 listopada 2018
- Zbigniew
- 12 lis 2025
- 6 minut(y) czytania
Wróciłem do domu o trzeciej w nocy. Nawet pies na
mnie nie zareagował, spał smacznie na kołdrze w pozycji
z łapami do góry, na moim miejscu w łóżku i głośno
pochrapywał. Mówią, że jak czworonóg śpi w takiej pozycji,
to czuje się bezpiecznie w domu swoich państwa.
Widocznie ten spał snem sprawiedliwego, a fakt że zajmował
moje miejsce, absolutnie nie zakłócał jego samopoczucia.
Zachowywałem się cicho, żeby nie zbudzić
ani jego, ani pozostałych domowników. Wygrzebałem
z szafy jakiś koc i położyłem się obok psa na krawędzi
łóżka. Popatrzył na mnie spode łba, nie myśląc nawet
o przesunięciu się choć o centymetr. Nigdy nie przypuszczałem,
że jakieś bydlę będzie dla mnie tyle warte,
że nawet nie podejmę próby zwalenia go z wyra, żeby
go przypadkiem nie obudzić. Nie pragnąłem mocno
psa jako dzieciak, a od kiedy zrozumiałem, że oprócz
„przytulasa” pies to tyko obowiązki, w ogóle mnie nie
ciągnęło do posiadania zwierza. Dopiero moja córka
wprowadziła mopsa Leona na pokoje, a wraz z nim zapanowały
nowe porządki. Leon tak się zadomowił, że podporządkował
sobie prawie wszystkich i prawie wszystkie
sfery naszego domowego życia. Prawie wszystkich, bo
jestem chyba jedynym domownikiem, któremu udaje
się czasami zmusić go do zmiany zamiarów.
I z takimi rozważaniami zasnąłem. Obudził mnie telefon
o 5.30 rano. Zaspanym wzrokiem rzuciłem na
wyświetlacz. Dzwonił Karniak.
– Taaaak?
– Cześć szefie, nie obudziłem?
– Nie no skąd. No co ty. TY? Przenigdy. Obudził mnie
dzwonek telefonu. Jakby z tego plastikowego prostokącika
wystawały kończyny dolne, to bym mu je z dupy
powyrywał, ale że nie wystawały, a i o dupę ciężko przy
takiej płaskiej technologii, to niestety nie wyrwałem.
Co jest?
– Dzwonił stary, że w sprawie tego profesorka z wczoraj,
dzwonił do niego jakiś minister, że profesorek był
znajomym jakiegoś polityka i sprawa jest priorytetowa,
bo tamten obiecał rodzinie profesorka, że postawią całą
policję na nogi i w trymiga znajdą skurwiela, co pomógł
profesorkowi szybciej przywitać się z Abrahamem.
Na twarzy pojawił mi się grymas orangutana próbującego
rozpracować jak dostać się do mleka z kokosa.
– Co? O czym człowieku „ju tokin tu mi”? Czy ty musisz
wyrzucać z siebie tyle słów. Chłopie ja jeszcze śpię!
Chciałem zrugać go jak psa, ale musiałem powstrzymać
zarówno słowotwórstwo estetyczne jak i natężenie
skali głosu. Czemuż albowiem winna była moja ukochana
rodzina i Leon. Nie chciałem ich obudzić i narazić
na wulgaryzmy, które same cisnęły się na usta. Naiwnie
pewnie sądziłem, że ani żona jako kobieta, ani tym bardziej
córki, nie używają takiego słownictwa.
– Sie pan zbiera szefie, opowiem panu spokojnie po
drodze. Musimy być zaraz na komendzie. Stary ogłosił
alarm bojowy – usłyszałem ponownie głos Karniaka
w telefonie.
– Nie mogłeś tak od razu, a nie jakieś zawiłe zdania
o rodzinnych powiązaniach nieboszczyka. Musisz
się nauczyć krótkich haseł: „Stary sra ogniem. – Stop
– Łuczywo przy dupie. – Stop – Wszystkie ręce na pokład”.
Tyle się nagadałeś, a ja i tak nic z tego nie zakumałem.
Idę dalej spać. Przyjedź po mnie po tym alarmie.
– Się nie da. Komendant osobiście do mnie dzwonił,
żebym pana przywiózł. No to już nie ma spania. Za pół
godziny wszyscy mamy zameldować się na odprawie.
– To nie jest kraj dla starych ludzi – pomyślałem.
– A gdzie tu jest zwykła sprawiedliwość? Dla starego,
to profesorek jest z wczoraj, a dla mnie z nocki. Mało tego,
profesorek sobie smacznie spał. Co prawda snem wiecznym
i w pozie mało wygodnej, ale S P A Ł!!! A ja co? Nie
mam prawa do wytchnienia? Poczciwemu staremu glinie
nie przysługuje choćby mała chwilka spokoju i sennego
błogostanu? O co tu, kurka, chodzi? Dobra Karniak, to
przyjedź po mnie za pół godziny.
– Szefie, ale ja już stoję pod klatką, może pan złazić.
Dobrze, że po przyjściu nie wpadłem na pomysł, żeby
jak człowiek wziąć prysznic, ubrać piżamkę i wtulić się
w małżonkę, tudzież w Leona. I dzięki temu, pozostało
mi jedynie walnąć szczocha, wciągnąć złachane porcięta,
umyć zęby, zarzucić jakąś pelerynkę, buciki i w drogę.
Starałem się robić wszystko po cichu, ale już sama konwersacja,
z Bogu ducha winnym Karniakiem, skutecznie
wybudziła całą rodzinkę. Tym razem wszyscy domownicy,
łącznie z psem, patrzyli na mnie takim wzrokiem, jakbym
im nasikał do ulubionego kubeczka.
– No co? Taką mam robotę – zreflektowałem się, że
jednak za głośno gadałem do telefonu, – śpijcie, śpijcie,
macie jeszcze godzinę sam na sam z Morfeuszem.
I wyszedłem. Usłyszałem tylko jak, chyba kapeć, wylądował
na zamkniętych przeze mnie drzwiach. Wsiadłem
do wozu i przywitałem się z Karniakiem. Mówili na niego
Karniak, bo miał inicjały K.K. jak Kodeks Karny: Krzysztof
Karcz. Jak trafił do szkółki policyjnej, to został najpierw
„Kodeksem”, a potem „Karniakiem”. Choć to drugie pseudo
nie było dla niego wolne od udręk ciała, to jednak bardziej
przylgnęło i pozostało. A nie było przyjemne, bo jak mi
kiedyś opowiedział, na imprezy w koszarach, na krzywy
ryj do pokoju, w którym mieszkał Karniak z kolegami,
przyłaził taki wielki kafar o nazwisku Albrecht. A miał
skubaniec nosa do wywąchania imprezy. Właził w trakcie
i radośnie uśmiechając gębę meldował się: „już jestem”,
na co jeden z kolegów Krzysia, który zazwyczaj polewał,
zawsze dla hecy odpowiadał podając mu kielona: „no to
walnij karniaka”, a ten z całej siły walił Krzysia z piąchy
w ramię i wypijał swoją zaległą dolę z podwójną satysfakcją.
Któregoś razu tak przywalił Krzysiowi, że mu wybił
ramię z zawiasów. A że już i tak groziło mu wydalenie za
brak postępów w przyswajaniu wiedzy, to po dołożeniu
mu przemocy fizycznej, wywalili go ze szkółki z wilczym
biletem. A Krzysio pozostał „Karniakiem” i dzierży ten
rycerski przydomek, aż po dzień dzisiejszy.
Rozsiadłem się w naszej służbowej octavii. Dobrze chociaż,
że służbowe auto jest w miarę wygodne. Odsunąłem
na maksa siedzenie, odchyliłem oparcie, wyciągnąłem do
przodu kopytka na tyle na ile pozwalały mi ograniczone
gabaryty kabiny pasażerskiej.
– Słuchaj, co do tych nóg – odezwałem się – nie chciałbyś
zagrać przez chwilę roli mojego telefonu, bo bym chętnie
jednak te kończyny dolne z dupy wyrwał.
– Raczej nie szefie. Pan wie, że ja biegam te wszystkie
pół i cale maratony i na samej dupie ledwie bym się ślizgał,
no i starł skórę na pośladach. Więc nogi jak najbardziej
chciałbym zachować wrośnięte w zadek. Może gumę na
ukojenie nerw?
– No trudno, to daj tą gumę.
Podał mi gumę Big Babol o smaku truskawkowym.
Kupował ją na hali targowej w Gdyni, w stoisku z produktami
z UK. Jakby, kurka, nie mógł żuć zwykłej gumy
z Biedronki. Ot dzisiejsza młodzież: lans, szpan, uleganie
modzie, tudzież udawanie oryginalności. Zwykły burak
kupiłby sobie przechodzone BMW (Bolid Młodego
Wieśniaka) i rwał laski na wiejskiej dysce, a miastowe
chłopaki muszą się wyróżniać subtelniej. Karniak może
już wyrósł z wieku młodzieńczych uniesień, ale za to teraz,
niczym James Bond, podkreślał swój image żuciem
nietuzinkowej gumy (w polskich sklepach sieciowych
niedostępnej).
– Powiedz mi Krzysiu jak to jest z tymi ministrami? –
podjąłem temat, bo i tak nie miałem szans na przyduszenie
komara. – Dochrapie się taki jeden z drugim stanowiska
i to jeszcze zazwyczaj nie ma za wiele wspólnego z resortem,
którym rządzi. I może taki zadzwonić w środku
nocy i zatrząść tyłkami ludzi, którzy zęby zjedli na swojej
robocie. A przecież z łaciny, minister to sługa lub pomocnik,
czyli ktoś, kto powinien być potulny, a nie drzeć ryja
i wodę mącić. A po naszemu mini ster to takie malutkie
kółeczko z wypustkami do kręcenia i poruszania sterem.
Jakby to miałby być ktoś ważny, to by go nazwali maxi ster
lub mega ster, bo ma być najważniejszy, ale zostawili mu
„mini”, więc jest tylko małym upierdliwym kurduplem,
przez którego ja nie mogę się wyspać po robocie. To może
jak go spotkam to jemu te nogi z dupy powyrywam? Co
ty na to?
– Dobra myśl, tylko mało realna. Po pierwsze - pewnie
go pan nigdy nie spotka, po drugie - nie warto. Nie będzie
ten, to będzie inny i każdy z nich myśli, że: „teraz kurwa ja”
i napawa się władzą. Zmieni się opcja na górze, zmienią
się ludzie na stołkach, ale przyzwyczajenia się nie zmienią.
TKM zawsze będzie.
– Ma chłop rację – pomyślałem. My tu na dole odwalamy
całą czarną robotę, a tam na górze, jacyś mądrale
na stołkach, oderwani od rzeczywistości wydają bzdurne
polecenia, nie mając bladego pojęcia jak wygląda nasza
robota.
– Co prawda, to prawda – rzekłem filozoficznie i zadeklamowałem
wierszyk:
Taka polska rzeczywistość – zdobyć, albo zniszczyć wszystko.
Tutaj nie ma miękkiej gry. – No bo TERAZ KURWA MY!!!
Tutaj jeńców się nie bierze, tu nic nie ma w dobrej wierze.
Oni błądzą niczym ćmy. – Ale TERAZ KURWA MY!!!
Wszystkie chwyty dozwolone, gdy uderzasz drugą stronę.
Gryź! a nie wyszczerzaj kły! – No bo TERAZ KURWA MY!!!
Dopierdolić, kurwa tak, by przewrócił się na wznak.
Nikt nie będzie ronił łzy. – No bo TERAZ KURWA MY!!!
Udowodnić wobec wszem – oni byli gorszym złem!
Brak hamulców wszelkich, gdy rządzić chcemy TERAZ MY!!!
Honor? Naród? Kraj? No cóż? Słowa te dziś kryje kurz.
Ważne inne słowa trzy – TRAZ KURWA MY!!!
Karniak zrobił oczy wielkie jak narkoman na widok
strzykawki z kompotem.
– No co? – spytałem z miną niewiniątka.
Dalej jechaliśmy w milczeniu.
.png)



