10 listopada 2018
- 18 mar
- 7 minut(y) czytania
Wylądowaliśmy w „Śledziku”. Zamówiliśmy do stolika pół
litra czystej, takiej zimniuuutkiej, wodę z cytryną i na zagrychę
tatara. Mój ośrodek przechowywania pamięci w podstarzałym
płacie potylicznym wzdrygał się, co prawda, na
wspomnienie tatarów z dawnych lat, takich ze śmierdzącym
jajem (fujjj!), ale w „Śledziku” jakość podawanego surowego,
mielonego mięsa wołowego, z ogóreczkiem kiszonym, z cebulką
i z surowym jajeczkiem, jest po prostu świetna. I zawsze
go zamawiam pod wódeczkę.
Nie mieliśmy gadać o robocie i o polityce, ale jak to w praktyce,
w trakcie rozmowy prawdziwych Polaków, są to tematy
nieuniknione. Sam zresztą zacząłem, bo skojarzyłem jedną
rzecz.
– Krzysiu, gdzie znaleźliśmy drugi komplet kluczy w domu
profesora? Jeżeli dobrze pamiętam, to chyba mówiłeś mi, że
w biurku? A królowa śniegu ze związku kynologicznego spod
Poznania mówiła, że powinny być w toaletce w pokoju świętej
pamięci mamusi.
– No fakt, w biurku.
– Czyli tatuś jednak nie dotrzymał obietnicy danej zmarłej
małżonce i wygrzebał jej klucze z mogiły. Może komendant
ma rację podejrzewając namiętny romans z miss trzeciego
wieku.
– Ale wtedy klucze nie byłoby w biurku, tylko w torebce
starszej pani – zauważył rezolutnie Karniak.
– Niby tak, chyba, że były to klucze przechodnie, a nasz
szacowny pan Racławski prowadził bogate życie towarzysko-
erotyczne, uwodząc raz za razem coraz to inne powabne
nimfy w wieku poprodukcyjnym?
Oczyma wyobraźni widziałem te tłumy pomarszczonych,
ale ochoczych do miłości, podstarzałych dam. Jedna bardziej
wyfiokowana od drugiej i prześcigające się w walce o serce
profesora Racławskiego. Te wzniecające się płomienie miłości,
które swoimi językami pożerają rozochocone, uwiędłe ciała,
niczym na obrazie „Sąd ostateczny” Memlinga w Bazylice
Mariackiej w Gdańsku.
– Szefie, – wyrwał mnie z zamyślenia Karniak – patrząc
na pana minę, mam wrażenie jakby pan zazdrościł temu
Racławskiemu. Podnieca pana myśl o plejadzie staruszek rozdziewających
się przed panem z tych śliskich przedwojennych
halek? No powiem, że teraz, to mi nie przejdzie przez gardło
zagrycha. Śmiałem się w duchu jak pan o tym swoim zakąszaniu
perorował redaktorowi Durskiemu, ale moja wyobraźnia
też ma swoje granice, więc niech pan dalej nie idzie w tę
stronę, plisss.
– Dobra, dobra, powściągnij swoją wyobraźnię. Ale tak
swoją drogą, to będziemy musieli prześwietlić bliżej kontakty
profesorka. W ogóle, po wizycie zimnej suki ,tak mi się skojarzyło,
że niedaleko pada jabłko. Skoro ona jest taka wredna, to
pewnie wyniosła tą wredność z rodzinnego domu. Czyli obraz
Anastazego Racławskiego kreślony w słonecznym odcieniu,
może być zmyłką dla ciemnych mas. Karniaczku kochany,
będziemy musieli przycisnąć brać akademicką i uwierzyć studencikom
co to coś wyczuwają, ale nie do końca wiedzą gdzie
włożyć kinola, żeby się lepiej zaciągnąć. Musimy pogrzebać
trochę w przeszłości profesorka, tej bliższej i tej dalszej. Coś
tam mówiłeś o jakimś docencie, że niby nie gadali ze sobą
staruszki? Weź go w obroty. Przepytaj też ostro docent Barską
i Szczuja niejakiego. I to na razie tyle w tym temacie.
– A wczoraj mówił pan, żeby Szczuja odpuścić. O Barskiej
też nie było mowy.
No i masz. A już myślałem, że coś z niego wyrosło. A tu
dupa. Jak palcem nie pokażesz, to sam się nie domyśli, że
trzeba coś więcej zrobić.
– Karniak, jak ja powiedziałem, żeby Szczuja odpuścić,
to oznaczało, że nie jest podejrzanym w tak zwanej
pierwszej linii. Co nie oznacza, że masz zapomnieć o jego
istnieniu. Docenta przyciskasz pod kątem ewentualnego
podejrzanego o czyn przestępczy. Sczuja i Barską przepytujesz
jako źródło informacji. Poniał?
– Okej, szefie, się zrobi.
Dobrze chociaż, że młody nie dyskutuje, tylko wypełnia
polecenia. Próbował na początku, po przydziale do naszej
jednostki, mieć swoje zdanie, powołując się na nauki wyniesione
ze Szczytna, ale po kilku zderzeniach z brutalnym
życiem nauczył się, że teoria i praktyka zazwyczaj nie są
mocno zbieżne.
– Jak już jesteśmy przy robocie, to ma pan, szefie, dla
mnie jakieś wytyczne co do braciszka Horacego?
– Już wiemy, w którym klasztorze pomieszkiwał?
– U Ojców Kamedułów w Bieniszewie.
– Gdzie? W Pierdziszewie?
– W Bieniszewie, szefie. Bieniszew, gmina Kazimierz
Biskupi, powiat koniński, województwo wielkopolskie.
Jakby pan chciał się wyciszyć, można tam pojechać na zamknięte
rekolekcje, ale bez kobitki. Płeć piękna ma wstęp
wzbroniony.
– Coś sugerujesz? Ale wiesz co?... Ojcowie wiedzą co
robią. Jakby wpuścili babeczki, to by im wszystko do góry
nogami wywróciły. Chociaż na dłuższą metę, to bez kobitek
byłoby jakoś głupio – patrz pan Racławski. Na stare lata
zaczął świntuszyć.
– Panie komisarzu, plisss.
– Dobra aspirancie, idź po następna kolejkę, a w poniedziałek
pomyślimy nad wyjazdem do tego Pierdziszewa.
Zamyśliłem się. Jak normalny chłop może zamknąć się
w czterech kątach i odciąć od świata zewnętrznego do końca
swoich dni? To nie jest naturalne. Na szczęście to tylko
niewielka grupa ludzkiej populacji czuje prawdziwe powołanie
i konieczność umartwiania się. Bo gdyby ich śladem
poszła większość męskiej populacji, to z rodzaju ludzkiego
w szybkim czasie niewiele by zostało.
Kątem oka zobaczyłem, że Karniaczek skoczył do kibelka.
Ciekawe czego dowiemy się u tych kamedułów? Czy młody
Kaliszuk od razu trafił do nich? Czy żyje ktoś jeszcze, kto
pamięta jego przybycie? Czy któryś z braciszków był powiernikiem
tajemnic Ojca Horacego? Czy Ojciec Horacy
był wiernym wyznawcą zasad wiary i reguł zakonnych, czy
też może jak każdy człowiek ulegał pokusom, jakimi postępowy
świat mami współczesnego człowieka?
Moje zwoje zaczęły się czochrać i spomiędzy fałd na
powierzchnię kory wyłonił się taki oto obrazek:
Ojciec Horacy wziął się do pracy. Zaczął wymyślać kazanie.
Była ochota. Nie szła robota. Albowiem wciąż zmieniał zdanie
na jaki temat pisać poemat, który wygłosi z ambony:
czy o miłości, czy niewierności męża w stosunku do żony.
„Może o grzechu, – myślał w pośpiechu – który niektórych zniewala.
Bo przecież boli, gdy alkoholizm pożycie ludzkie rozwala.
Albo obżarstwo, co tłuszczu warstwą obrasta umysł i ciało
i nieustannie, jakże nagannie mówi, że ciągle mu mało.
Czy też nienawiść i zwykła zawiść, co dobro przegania z duszy
i w ludzkich sercach dziurę wywierca.,całą szlachetność w niej kruszy.
O czym tu mówić, by nie zagubić posłuchu pośród swych wiernych?
Wszystko już było. Będzie niemiło i jeszcze obciach cholerny”.
Załamał ręce. Nie mógł nic więcej wymyślić Ojciec w tej chwili.
Drapnął się w czoło: „Będzie wesoło” zachichrał i aż zakwilił.
Pomysł mu nowy wleciał do głowy, aż zaświeciła siwizna.
Krzyknął: „A zatem, nowym tematem będzie paskudna golizna”.
Chwycił długopis i zaczął opis swej wizji kazania nowej.
W zapamiętaniu zdanie po zdaniu pisał na kartce kredowej…:
„Pan Bóg pamiętał, aby zwierzęta przyodziać w futra lub pióra,
za to człowieka tylko obleka, niestety, cieniutka skóra.
A ludzkie plemię, jakże przyjemnie uwielbia wychodzić z cienia
i wszystkie członki, brzuchy, korzonki opalać w słońca promieniach.
Do tego woli gdy wszyscy goli wokół sie kręcą po plaży,
a wtedy w oczach i męskich kroczach widać co też im się marzy.
Ale niestety, drogie kobiety oraz wy zacni panowie,
słońca kąpiele zwłaszcza w niedzielę, nie zawsze wyjdą na zdrowie.
Gdy słońce praży, młodzi i starzy spalają swą cienką skórę.
Wrażenie mają, że wytapiają otyłą swą kubaturę.
Albo szaleją, że wypięknieją i będą bardziej powabni,
trochę czarniejsi, trochę smuklejsi, a przez to tak bardzo ładni.
Ale są w błędzie, bo w pierwszym rzędzie grzeszą przeciwko czystości,
bo człek skruszony nie jest stworzony do oglądania nagości.
No i po drugie, smażenie długie jest też powodem zmęczenia
oraz wielkiego, obrzydliwego powłoki ludzkiej zmarszczenia.
Gdy się przypalą, słoneczną falą kończyny, tyłki i brzuchy,
wszyscy co spojrzą brzydotę dojrzą i popadają jak muchy.
Przecież spalony i pomarszczony człek tego wszak nie rozumie,
ale dla innych ludzi niewinnych, to przypomina wprost mumię.
Nie grzesz więc bracie i zdejmuj gacie tylko gdy nikt cię nie widzi,
bo lat twych schyłek i goły tyłek, to widok który nas brzydzi.
Do dni swych końca, człeku do słońca ty nie wystawiaj swej pupy,
bo dookoła nie ciżba goła, lecz będą w krąg leżeć trupy.”
Skończył kazanie dosadnym zdaniem Horacy – dusz ludzkich pasterz.
Wlazł do łazienki i z szafki, z wnęki wyciągnął krem by się natrzeć.
„Coś jestem blady. Oj nie dam rady w zdrowiu doczekać do końca”.
I pobiegł prędki, na nogach giętkich, dupę wystawić do słońca.
Wrócił Karcz. Zawartość moich zwojów podsunęła
mi myśl, żeby sprawdzić to, o czym mówił Durski, czyli
pogrzebać w starych aktach i spróbować wykopać to,
co chciał zatuszować stary Kaliszuk. Coś mi mówiło,
że zarówno Racławski jak i Horacy, czy jak mu tam…
Kaliszuk, mieli coś za uszami i nie byli tylko cnotliwymi
staruszkami, a przynajmniej nabroili mocno w przeszłości.
Tylko jakiego kalibru były ich przewinienia?
– Co szef ma taką minę jakby mu ktoś na łeb nasrał?
– Karniak zadał subtelne pytanie.
– A nic, zawiesiłem się melancholijnie i poetycko.
Tak sobie pomyślałem o naszym Horacym, że jak większość
klechów, był pewnie małym albo większym obłudnikiem.
Mam wrażenie, że nieźle nawywijał zanim
uciekł do klasztoru. Spierdzielał przed kiciem. Stary
Kaliszuk, z tego co mówił redaktor Jacuś, coś chciał
zataić i chachmęcił. A potem synalek dał dyla. Czyli coś
im poszło nie tak i musiał spierdolić i to tak, żeby go nikt
nie znalazł. Pojedziemy ze śledztwem dwutorowo: jeden
tor, to przetrzepanie archiwów w poszukiwaniu sprawy,
którą chciał ukryć ojciec Ojca kameduły i drugi tor,
to wyjazd do Pierdziszewa i próba wyciągnięcia z braciszków
wszystkiego co mogą powiedzieć o przeszłości
Horacego. Może żyje jeszcze któryś, który pamięta jego
początki w klasztorze?
Karniak już mnie nie słuchał. Widać było, że mu jęzor
do dupy ucieka na myśl o wódeczce. Chłopak nie
miał tylu okazji do wypicia, a przynajmniej tym się nie
chwalił na komendzie, ani podczas naszych wspólnych
podróży do „klientów”, czy na oględziny miejsc zbrodni.
– Szefie, wypijmy może, bo nam się wódeczka zagrzeje,
tak jak pański mózg. Wrócimy do tematu w poniedziałek.
Niech pan już dzisiaj wyluzuje. Jutro święto
narodowe, polezie pan w paradzie niepodległości i jak
już dupa panu zmarznie, to niech się pan wkręci do tych
od tęczowej równości, bo też pewnie będą się cieszyć
z wolności jaką mają w Rzeczypospolitej, to może panu
tyłek rozgrzeją z lubością w sercach i innych członkach.
– Karniak, ty za dużo ze mną przebywasz i ci się jęzor
wyostrza. Teraz ja idę odcedzić kartofelki, przyniosę po
dwie lufy i na dzisiaj wystarczy, bo zaczynasz wchodzić
w politykę.
.png)