top of page

7 listopada 2018

  • 4 lut
  • 3 minut(y) czytania

Przeskoczył przez płot ogrodzenia domu profesora bez

większych trudności. Był młody, wysportowany. Wcześniej

rozejrzał się dookoła i upewniwszy się, że nikt go nie widzi,

a przynajmniej on nikogo nie widział, śmignął na drugą

stronę ogrodzenia. Trochę czasu zajęło mu zdobycie kluczy.

I teraz wyczuwał ich ciężar w kieszeni kurtki. Na dłoniach

miał założone dwie pary rękawiczek: chirurgiczne i skórzane.

Chirurgiczne kupił dawno temu w sklepie medycznym,

skórzane – wczoraj na hali targowej, w przypadkowym stoisku

z wyrobami skórzanymi. Wszedł gdy była w środku

grupka ludzi, pokręcił się między nimi, wziął czarne skórzane

rękawice, zapłacił i wyszedł. Miał nadzieję, że po pierwsze,

nikt tu za nim nie trafi, po drugie, wmieszanego w grupkę

klientów nikt nie zapamięta. Sprzedawczyni bardziej była

zajęta obserwowaniem ruchów osób oglądających towar

niż patrzeniem na ich twarze. Pilnowała swojego dobytku,

żeby nikt niczego nie ukradł. Później wyrzuci je do kosza

gdzieś w Gdańsku, albo podrzuci jakiemuś bezdomnemu.

Unikał sieciówek, bo tam na pewno są kamery. No, ale buty

to bezpieczniej kupić właśnie tam. Jesteś anonimowy, nikogo

nie dziwi, że bierzesz obuwie kilka rozmiarów większe, że

nie mierzysz. Łapiesz pudełko, płacisz, wychodzisz. Kupił

najtańsze, ale takie, żeby miały gładką podeszwę. W małym

sklepiku kupowanie butów bez przymiarki i to jeszcze za

dużych, wzbudziłoby zainteresowanie i mógłby zostać zapamiętany.

Nie zakładał, że ktoś trafiłby za nim do takiego

sklepu, ale lepiej, jak to się tu mówi, dmuchać na zimne.

Podszedł cichutko do drzwi. Przyłożył ucho tak blisko,

żeby posłuchać co się dzieje w środku i na tyle daleko, żeby

nie dotknąć powierzchni i nie zostawić odcisku małżowiny

na drzwiach. Cisza. Wiedział, że profesor jest w środku.

Obserwował go jak wchodził do domu. Żeby nie rzucać

się w oczy stanął samochodem jakieś dwieście metrów od

obiektu. Profesor, gdyby opuścił swoje lokum, miał tylko

jedną możliwą drogę i musiałby przejść koło niego. A że tego

nie zrobił od dwóch godzin, więc jest obecny na pokojach

w swojej rezydencji. W międzyczasie wyminęło go kilka

samochodów. Dla uzyskania lepszego efektu kamuflażu,

przed niektórymi się chował za deską rozdzielczą tak, że

w ogóle go nie było widać, przed innymi się nie ukrywał.

Raz zdejmował, raz nakładał czapkę i okulary. Gdyby ludzie

mieli zdawać relację czy kogoś widzieli, mieliby problem

z ustaleniem jednakowej wersji.

Wyciągnął klucze i jak najciszej potrafił wsunął pierwszy

z nich do zamka. Spróbował przekręcić, ale napotkał opór.

Scheiße – zaklął w duchu. Spróbował jeszcze raz. Bez zmian.

Wyciągnął klucz i wsadził drugi do drugiego zamka. To

samo. Był opanowany, ale lekko go to zdziwiło i skonfudowało.

Złapał za klamkę. Powolutku nacisnął. Drzwi zaczęły

się otwierać. Bardzo cicho otworzył je tylko na tyle, żeby

wślizgnąć się do środka. Przyczajony w holu zajrzał do gabinetu.

Profesor spał z głową na biurku. Chyba czytał jakąś

książkę i zasnął, bo wtulał się w wolumin. Zdjął skórzane

rękawice. Podszedł na palcach do biurka i zesztywniał.

Z głowy profesora sączyła się krew, a na jego tylnej części

czaszki widać było wklęśnięcia po uderzeniu jakimś przedmiotem.

Scheiße, tego nie przewidział w najczarniejszych

scenariuszach. Krew pobrudziła też książkę pod głową profesora.

Wyciągnął ją. Głowa wykładowcy stuknęła o biurko.

Spojrzał na dzieło. Jakiś słownik. Zabrał go. Zamknął.

Wyciągnął z kieszeni zegarek. Położył go na biurku. Stary

kieszonkowy radziecki czasomierz marki „Molnija”, na którym

czas zatrzymał się na godzinie drugiej. Wycofał się

do holu, wysunął za drzwi. Zrealizował to po co przyszedł,

chociaż nie tak miało to wyglądać. „Dziadek leksykonik –

pomyślał – ktoś go też nie lubił". Wyszedł z domu, rozejrzał

się dookoła. Upewniwszy się, że nikt go nie widzi włożył

klucz do zamka, przekręcił zamykając zasuwkę. Potem ten

sam zestaw czynności wykonał przy drugim zamku i tą

samą drogą, którą wszedł, opuścił posesję pana profesora.

Wsiadł do samochodu, zapuścił silnik i odjechał.

bottom of page