20 marzec 2015
- 18 lut
- 3 minut(y) czytania
Helena spotkała Marię kilka lat temu na hali targowej, na
stoisku z rybami. Rozpoznała w niej dziewczynę z koloni
letnich, z lat młodości. Z tych koloni. Niektórzy ludzie
z wiekiem oprócz zmarszczek i ogólnej starości nie zmieniają
się i można ich poznać nawet po kilkudziesięciu
latach niewidzenia. Taka była Helena i taką też okazała
się być Maria. Chociaż może u Heleny to wydarzenia
z tamtych dni odcisnęły piętno na jej pamięci. Wyparła
z niej, wydawało się, wszystko, a jednak rozpoznała
twarz Marii, koleżanki z jednej sali na kanikułach
w Jasieniu w 1963 roku. Unikając powrotu do tamtych
czasów chciała jak najszybciej oddalić się, ale Maria też
ją poznała i zagadnęła. Cóż było robić, zatrzymała się.
Głupio było jej udawać, że nie jest sobą. Na szczęście
Maria nie naciągała jej na wspomnienia. Spytała tylko
czy Helena mieszka w Gdyni, sama przyznała się też
do zamieszkiwania tutaj i wspomniała, że pracuje u takiego
jednego profesora, co to jako chłopak był opiekunem
na koloniach i skończyła klasycznym „jaki ten
świat mały” i „może się jeszcze spotkamy, to pójdziemy
gdzieś na kawę”. Helena zaczęła unikać wizyt na gdyńskiej
hali. Za żadne skarby nie mogła nawet próbować
wracać do dawnych czasów. Na początku znajomości
z Henrykiem ustalili, że nie będą nigdy rozmawiać o jej
przeszłości. Henryk uszanował jej prośbę i tak zostało,
aż do jego śmierci. Potem nie musiała nigdy wracać do
wspomnień z młodych lat. Kiedyś Grażynka próbowała
ją pytać o przeszłość i rodzinę, ale zbyła ją jakoś i córka
nigdy więcej nie poruszyła tego tematu. Helena pozbyła
się przeszłości i tak miało być.
Jakieś pół roku po śmierci Grażynki, w drodze na
cmentarz, znowu zobaczyła Marię. Co prawda tylko
z daleka, ale znowu wróciły te wspomnienia, które nigdy
nie miały wrócić. Przypomniała też sobie co mówiła
Maria o swojej pracy. Myśl, która zakiełkowała w umyśle
Heleny po procesie morderców Grażynki zaczęła się teraz
rozwijać i przybierać coraz większe znaczenie. Znalazła
cel, który postanowiła osiągnąć przed opuszczeniem
tego świata. Coś przecież musiało trzymać ją przy życiu.
Nie była osobą mocno wierząca, ale nie targnęłaby się
na swoje życie. Po pierwsze, nie miałaby tyle odwagi, po
drugie, nie po to Bóg dał człowiekowi życie, żeby ten sam
się go pozbawiał niszcząc to, co od Pana dostał. Jakie
ono było takie było, ale było. Helena nie raz zastanawiała
się czy urodziła się tylko po to, żeby cierpieć, ale potem
nachodziła ją refleksja, że może jednak Pan zabiera do
siebie jej bliskich, bo tam jest im lepiej. Przecież sama
Helena nie choruje, Bóg nie zesłał na nią żadnych ułomności,
deformacji, czy innych plag. Dookoła siebie spotykała
matki z dziećmi na wózkach inwalidzkich, ludzi po
wylewach z wykrzywionymi twarzami, poruszających się
o kulach, czy przykutych do łóżek. Otaczający ją świat
nie był wolny od kalek, od chorych na raka, parkinsona,
alzheimera, od osób owładniętych szaleństwem,
czy dotkniętych innym schorzeniem fizycznym lub psychicznym.
Nie potrafiła dziękować Bogu za to co ma,
pamiętając wszystkich tych, których straciła i jakiego
przy tym doznała cierpienia. Żałowała, że jej trudny los
nie skończył się z odejściem jej bliskich, tylko dawał jej
nadzieję, by po jakimś czasie znowu z niej zakpić, ale
przyjmowała swoją dolę z pokorą, myśląc, że pewnie jest
w tym jakiś sens, jakiś cel. I teraz zobaczyła ten cel, doszła
do wniosku, że jeżeli go osiągnie, to Pan pozwoli jej
spokojnie opuścić ziemski padół. Po to ją tyle doświadczał,
aby zrozumiała wreszcie co ma zrobić. Zamknęła za
sobą drzwi od tamtych lat i nie chciała wracać, a trzeba
było zostawić je lekko uchylone, aby w każdej chwili móc
spojrzeć przez szparę i wyciągnąć wnioski z tego co się
stało i jak powinna postąpić. Zrozumiała, że już dawno
miała to zrobić i za długo czekała, że los właśnie poprzez
te wszystkie nieszczęścia chciał ją naprowadzić na drogę
do wypełnienia tego, co już dawno powinna uczynić.
Helena poszła na zakupy na halę.
.png)
